środa, 27 lutego 2013

Łapać liska! część 1







Kilka dni temu, jadąc do pracy zobaczyłam na wielkim skrzyżowaniu, w samym środku ruchliwej dzielnicy, miotającego się między pędzącymi samochodami przerażonego lisa. Z trudym wyhamował tuż przed maską mego auta i popędził w przeciwnym kierunku. Mam nadzieję, że udało mu się ujść z życiem. Wyglądał na zupełnie zdezorientowanego w złowrogiej dżungli miasta.
Bruksela posiada wiele wielkich zielonych przestrzeni, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. Dlatego bynajmniej nie zdziwił mnie widok lisa w mieście i nie jemu poświęcony jest mój post. Nie trzeba sugerować się tytułem, bo te często bywają mylące.
Gdy moje oczy na sekundę spotkały się z przerażonym wzrokiem zwierzęcia, zdałam sobie sprawę, że już kiedyś widziałam takie żółto-bure dzikie ślepka… Przypomniała mi się pewna “lisia” historia z Polski…


W naszym tamtejszym domu nie jesteśmy częstymi gośćmi, dlatego też nasza posesja stanowi ( teraz troche rzadziej, bo jest ogrodzona) azyl dla wszelkiej maści psich i kocich przybłęd. Zwłaszcza ciężarne suczki z upodobaniem powijały tam swoje młode w zaciszu starej piwniczki lub pod rozwalającą się wiekową bryczką, dopóki się całkowicie nie rozpadła.
Obok naszego domu, w sąsiedztwie znajduje się stara, podtrzymująca się przed upadkiem  resztką spróchniałych desek stodoła. Bo ku zniesmaczeniu miejscowej ludności zbudowaliśmy swój dom nie w porządku, po bożemu, przy drodze, ale w głębi podwórza, z dala od ciekawskich oczu, “tam gdzie u normalnych ludzi chlewy i stodoły stoją”.
Niekwestionowanym samozwańczym, królem podwórza był mały drobny piesek, na którego miejscowi wołali Kajtek. Jest on obecnie członkiem naszej rodziny. Przeżył jedynie dzięki temu, że był zawsze szybszy od ludzi, którzy chcieli go zabić. Dzięki niebywałej inteligencji i intuicji nie ufał za grosz, nawet tym, którzy rzucali mu jedzenie. Połamane żebra i przetrącone łapy raz na zawsze przekonały go, że człowiek, to niestabilne emocjonalnie zwierzę, co dziś rzuca chlebem, a jutro kamieniem.


Widząc jego nieufność i dystans wobec mnie, nie próbowałam go na siłe obłaskawić. Wystawiałam pełną smakowitego jedzenia miskę i wołałam jego imię. Przybiegał od razu. Zapadłe boki i wystające kości świadczyły o tym, że raczej mu się z dobrobytu nie przelewa. Tym bardziej zaskakujące było jego dziwne zachowanie. Trącał jedzenie noskiem, udawał, że je, jakby nie chcąc mi zrobić przykrości, a jednocześnie rozglądał się niecierpliwie dookoła. Najwyraźniej grał na zwłokę.
Ki czort! - Zachodziłam w głowę. – Coś mi tu nie gra.
Ale nie będzie mnie tu mały, czarny piesek za nos wodził – pomyślałam i następnym razem zostawiłm miskę a sama udałam się do domu i dyskretnie z kuchennego okna podglądałam podwórko. Jak tylko zniknęłam za drzwiami, na krótki sygnał Kajtka pojawiła się Ona. Sunęła bezszelestnie, kocimi miękkimi ruchami, obserwując bacznie otoczenie. Zastygłam za zasłonką...

cd nastąpi w najbliższą sobotę...





sobota, 23 lutego 2013

Nieskończony sen szaleńca.





To nie Atomium i nie Grand Place, ale właśnie on jest dla mnie najbardziej wymownym symbolem tego miasta. Paryż ma swoją „Żelazną damę”, Londyn – Big Bena, a. Bruksela ma Pałac Sprawiedliwości. Znajduje się w okolicy Avenue Louise i Place du Sablon – grzechem byłoby go ominąć.

Nie daje się go nie zauważyć. Jak Oko Saurona, niepokoi, przywołuje, dostrzeże cię wszędzie. Nie schowasz się przed jego wzrokiem.
Wyniosły i pyszny,złowrogi i tajemniczy. Szara, ciemna bryła, zbudowana w porządku antycznym. Mimo, że idealna w swoich proporcjach, przytłacza rozmiarami. Nad przygnębiającą, ponurą masą lśni złota kopuła.
Miał być symbolem rodzącego się państwa, metaforą praworządności i sprawiedliwości. Jednak od początku prześladuje go zła passa. Wywołuje skrajne emocje.



Wszystko zaczęło się pewnego letniego dnia...
Jest 12 lipca 1861 rok. Ministerstwo Sprawiedliwości wyznacza zasłużonego budowniczego Brukseli – Josepha Poelaerta – głównym architektem budowy Pałacu Sprawiedliwości. Gdy mistrz decyduje zabrać się do dzieła – Horta, ojciec belgijskiej secesji ma zaledwie roczek... Gdy kładziony jest pierwszy kamień pod fundamenty – przyszły budowniczy Brukseli jest dopiero pięcioletnim chłopcem...
Rozpisany rok wcześniej, w 1860 roku międzynarodowy konkurs na projekt przyszłego lokum belgijskiej Temidy nie wyłania żadnego zwycięzcy. Poelaert zostaje wybrany pozakonkursowo. Nie bez znaczenia jest fakt, ze jest przedstawicielem francuskiej masonerii, po dziś dzień bardzo silnej w Brukseli. Jednym z licznych masońskich symboli wewnątrz budynku jest wielka, pięcioramienna gwiazda na marmurowej podłodze z ostrzem wskazującym południowy kierunek.Nie bez znaczenia wydaje się również fakt, że pałac został zbudowany na wzgórzu o nazwie Galgenberg ( od flamandzkich słów: szubienica i góra), wzgórze na którym w średniowieczu wieszano skazańców.


Stoję twarzą w twarz z kolosem. Po prawej mojej ręce rozciąga się w dole robotnicza dzielnica Marolles, po lewej: Avenue Louise i Boulevard Waterloo, czyli "Francja-Elegancja". Za mną ciągną się królewskie urzędy z parkiem Petit Sablon, a przed chwilą wyszłam z ukrytego między kamieniczkami parku Egmonta. 
Patrzę na wielką bryłę na wzgórzu i myślę czy to zrealizowana wizja geniusza czy szaleńca? 
Może jedno i drugie... Poelaert widział swoje dzieło wielkim i niezwyciężonym. Miało uosabiać sen o potędze, władzy, nieskończoności ludzkiej mysli, ich pragnień i tęsknoty za niograniczoną wolnością. Stało się symbolem poświęceń, niesprawiedliwości, łez, mieszaniną prawdy, fikcji, niezbadanej tajemnicy, niedokończonym snem...



26 0000 m2 powierzchni, 576 pomieszczeń, 8 wewnętrznych dziedzińców, 40 km korytarzy... Na ówczesne czasy był największym budynkiem w Europie. Dziś to ciągle największy Pałac Sprawiedliwości na świecie. Jego budowa trwała ponad 20 lat i prawie zrujnowała skarbiec młodego państwa. Niełatwo go obejść. By mógł wygodnie panoszyć się na wzgórzu, wysiedlono z okolic 15000 biednych ludzi. Musieli szukać schronienia w dolnych partiach miasta lub w sąsiedniej dzielnicy Saint Gilles. To nie mogło się im podobać. Złorzeczyli architektowi. Nienawidzili go i przeklinali. Nie doczekał inauguracji swego dzieła. Plotka głosi, że tuż przed śmiercią popadł w obłęd, ale prawda jest ponoć bardziej prozaiczna. Wycięczony ciągnącą się w nieskończoność budową dostał wylewu i zmarł nagle, przy narastających klopotach z pieniędzmi na ukończenie budowli, niezrozumiały i niedoceniony przez sobie współczesnych.
W dzień uroczystego otwarcia Pałacu Sprawiedliwości na ulice wyszedł tłum rozwcieczonych i skrzywdzonych mieszkańców. Belgijska Sprawiedliwość nie rodziła się przy apluzie i przychylności swoich obywateli.





W Pałacu Sprawiedliwości pracuje około 2000 ludzi, a codziennie przemyka się korytarzami 5000 ludzi: pracowników i interesantów.
Od lat trwający remont pochłonął już około  80 milionów euro, a końca jak nie było widać, tak nie ma. Są głosy, że taniej byłoby rozebrać budowlę i wybudować nową od podstaw. Ale tak jak niektórzy Polacy nie wyobrażają sobie stolicy bez wątpliwej urody Pałacu Kultury i Nauki, tak wielu Belgów byłoby bardzo smutnych nie widząc złotej kopuły odwiecznej budowli z okien tramwajów, gdy rano jadą do pracy. Budynek kryje w  sobie wiele tajemnic. Jego twórca przez wszystkie lata budowy nigdy nie przedstawił żadnych kompletnych planów budynku ówczesnym władzom! Rozbudowywał go i modyfikował, według swego uznania, bez żadnego porozumienia z osobami trzecimi. Dlatego też wnętrze budowli kryje wiele niezbadanych miejsc, drzwi, do których zagubiono klucze, labiryntów korytarzy, którymi nikt nie chadzał...

Pałac jest pokryty od lat pajęczyną rusztowań, które stały się prawie jego "drugą" skórą.




 Pałac widoczny jest w głębi po lewej stronie. Nad ulicą znajduje się szklane przejście do windy, łączącej Pałac Sprawiedliwości z "Dolnym miastem". Po prawej: przykład charakterystycznego dla Belgii galimatiasu budowlanego. Z jednej strony zabytkowe kamieniczki, z drugiej: w najbardziej nieoczekiwanym miejscu kolorowe, "komiskowe" domy, jak ten z prawej.

Już pisałam wcześniej o Pałacu Sprawiedliwości w Brukseli w trochę innym kontekście. Kto ma ochotę, może przeczytać tutaj: http://laviolettee.blogspot.be/2012/11/palac-nie-sprawiedliwosci.html Tam mozna znaleźć inne zdjęcia.

Na koniec dodam ciekawostkę, że bliźniaczy pałac sprawiedliwości znajduje się w... Limie.

środa, 20 lutego 2013

Kuku!


Nie mam pomysłu na tytuł więc do was "kukam", bo zacząć jakoś trzeba.
Pomyślałam, że żeby was nie zanudzić moimi opowieściami o Brukseli, będę dodawała na zmianę: raz post o tematyce "ciuchowej", a raz innej. W ten sposób, mam nadzieję, usatysfakcjonuję wszystkich po trosze. Poza tym, bardzo zmotywowała mnie Lucy, która motywuje Martynę ( pozdrawiam was dziewczyny!) i idąc waszym śladem postaram się dodawać posty dwa razy w tygodniu.
Ostatnio mam okres: "zaszyj się w kiecy" i zgodnie z tym hasłem lubię schować się w zamaszystych fałdach spódnicy i do tego wygodne buty. Wiem, wiem, może nie do końca korzystnie, nawet doczekałam się konstruktywnej krytyki :), ale obiecuję: będzie cieplej - będzie krócej, czyli tak jak lubie najbardziej, cierpliwości :)
Jeszcze słówko o koszuli, która mam na sobie. Jest to jedna z tych niszowych mark, znana głównie na rynku belgijskim, niderlandzkim i francuskim. Jeden z najbliższych postów, będzie poświęcony stylizacji z kolekcji tej projektantki. Poza tym spódnica Camaieu, wygrzebana na ciuchach ( znana z poprzednich postów) i bardzo delikatny, moherowy sweterek, również tego samego pochodzenia. Pasek Esprit, buty - stary prezent od męża, torba z lokalnego butiku i płaszczyk River Woods dopełniaja całości.
Życzę wszystkim miłego tygodnia do samego końca - jesteśmy na półmetku. Mam nadzieję, że nie będę miała jutro problemu z dotarciem do pracy, bo w Brukseli jest strajk generalny. Organizowane są dosyć często, więc był czas się przyzwyczaić :)







czwartek, 14 lutego 2013

Zagubiony park.



Parc d’Egmont rozciąga się na powierzchni półtora hektara w samym sercu miasta. Zagubił się

 pomiędzy tętniącą życiem Rue de la Régence, Boulevard de Waterloo z jego snobistycznymi butikami i hotelami, Pałacem Sprawiedliwości i Pałacem hrabiego Egmonta.



Tak dyskretny, jakby go wcale nie było. Wtajemniczeni wiedzą, że warto do niego “ zabłądzić” w porze lunchu. Zwłaszcza latem jest przyjemnie. Nie dochodzą tu klaksony samochodów, ani ten cały miejski rozgardiasz. Można w spokoju ułożyć się w cieniu jaworowego drzewa, libańskiego cedru lub pod wielkim dębem i zagłębić się w lekturze. Abyś się zupełnie nie zapomniał i nie zatracił w czasie i przestrzeni, widoczna między drzewami, lśniąca złotem kopuła Palais de Justice i przylegająca do parku wielka bryła hotelowego budynku przypomną ci gdzie się znajdujesz…






Niemal pośrodku parku przykuwa wzrok zabawna figurka. To chłopczyk, który nigdy nie chciał dorosnąć… Kopia londyńskiego pomnika Piotrusia Pana, wyraz solidarności angielskich i belgijskich dzieci.



Mnie nogi niosą do neoklasycystycznej oranżerii w głębi parku przerobionej na restaurację. Miejsce dla niekoniecznie wybrednych klientów: jedzenie choć smaczne, wydaje się być odgrzewane w mikrofalówce. ( Moja lazania była gorąca na brzegach, a środek miejscami miała ledwie ciepły…) Personel , jak i moje danie, czyli plat, nie grzeszy żarem. Raczej chłodny i na dystans – pod koniec zaczyna się do mnie nieśmiało uśmiechać…



Takie zachowanie, to prawie norma. Nie myśl, że w brukselskich restauracjach będą ci padać do stóp, na zasadzie: “ klient – nasz pan”. Niewylewny sposób bycia, słynny belgijski pragmatyzm daje o sobie znać na każdym kroku. Belgowie wymagają czasu na oswojenie. Może dobrze przyswoili Małego Księcia i wiedzą, że przywiązanie niesie ze sobą ryzyko łez… Nauczeni historią własnego państwa, że nic nie jest dane na wieczność, nie angażują się emocjonalnie tak szybko jak Polacy. I nie nabierz się na ich profesjonalną uprzejmość. Nie myl jej z serdecznością czy przyjaźnią. Sytuacja zmienia się radykalnie, gdy stajesz się stałym klientem. Stały klient – to dla Belga ktoś, często bliższy niż niejeden członek własnej rodziny. Wtedy zadziwią cię swoim ciepłem i serdeczną troską.










Wychodzę jednym z wyjść zorientowanym na Boulevard de Waterloo i kieruję się w dół w kierunku Place Louise, i dalej bulwarem na południe. Jest on wielopasmową rwącą rzeką aut. Niektóre giną w czarnych otworach tunelu, inne poruszają się naziemnymi nitkami jezdni. Pośrodku obu przeciwległych pasów ciągną się wewnętrzne parkingowe alejki. Tutaj grzecznie jeden obok drugiego jak konie w stajni – stoją zaparkowane auta. Po mojej prawej ręce w głębi za kamienicami pyszni się wspomniany już Pałac Sprawiedliwości. Nie ma miejsca skąd nie byłby widoczny. Po lewej stronie bulwaru zaczyna się Saint Gilles, przepiękny, historyczny quartier – serce secesji. Dziś nie jest to ta sama dzielnica jak dawniej. Zamieszkuje ją 80 procent obcokrajowców, w większości Polaków i Marokańczyków. Tutaj, w okolicy Avenue Louise jest jeszcze w miarę bezpiecznie, ale im dalej w stronę dworca południowego – jest coraz mniej przyjemnie, a życie ludzkie posiada znikomą wartość.  

Mam do tych zakątków przeogromny sentyment. Mnie również wieki temu przytuliło to miejsce. Stąd rozpoczęłam moją belgijską odyseję. Tu przeżyłam piękne i straszne chwile, momenty euforii i beznadziei. Między tymi uliczkami uczyłam się dorosłego życia ze wszystkimi jego konsekwencjami. Wracam jak do siebie, przytulam się jak do matki, czuję się jak w domu… Mimo, że ślad tamtych wspomnień zatarł czas…

Nie bez powodu parking na Boulevard de Waterloo zdominowany jest przez auta o polskich rejestracjach. Od lat był to umowny, nielegalny polski dworzec. Stąd odjeżdżały dziesiątki polskich autokarów, dopóki policja nie przegoniła ich w inne miejsce. Dziś można tu spotkać ( zwłaszcza w weekend) busy, tzw. “kamionetki” ( od fr. camion – ciężarówka), samochody osobowe ze wszystkich polskich województw. Oczywiście dominują te z Podlasia.
Czasami policja robi tu “czystki”. Wpada niespodziewanie kilka radiowozów i zaczyna się drobiazgowa kontrola. Polacy rozpierzchają się po terenie. Wiadomość lotem błyskawicy obiega polskie środowisko. Ustala się inne prowizoryczne miejsce spotkań przewoźników i ich klientów. Za tydzień wszystko wraca na swoje miejsce, a sobotnio-niedzielne “odprawy” toczą się swoim dawnym niezmąconym rytmem. Taka swoista zabawa z policją w “kotka i myszkę” , jeu de cache-cache.
Na ten umowny polski dworzec wpadają wszyscy, którzy mają jakiś interes: coś podać do Polski, kupić papierosy, odebrać paczkę… Ceny umowne, a klientela prezentuje cały przekrój polskiej Polonii: od unijnych pracowników, przez polskich drobnych przedsiębiorców, aż do robotników budowlanych i femmes de ménage. Swoisty klimat i folklor towarzyszy transakcjom.

Tu od rana pełnią dyżur Oni…
Każde miasto, kraj, wieś posiada takich stałych bywalców pełniących "wartę". Przesiadują u znajomych kierowców z butelką piwa w dłoni. Słuchają opowieści i plotek. Tu najszybciej można się dowiedzieć kto z kim, kiedy i dlaczego… Nie, żeby specjalnie ich to interesowało. Taki niedzielny rytuał. Są tu tacy, co wpadają na chwilę spotkać starych kumpli, kupują karton papierosów, chwile pogawędzą i odjeżdżają bo żona z dziećmi czeka w domu. Zostają ci, którym nigdzie, z różnych powodów sie nie śpieszy. Nie stają do wyścigu, bo i po co. Już nie nadrobią straconych szans. Czas pobielił im skronie i zaorał czoła bruzdami trosk. Patrzą beznamiętnie na podjeżdżających tu wypasionymi brykami dawnych kolegów, którym się powiodło. Kiedyś wspólnie z nimi pili, dziś łączy ich tylko zdawkowy uścisk dłoni, a czasem i to nie. Każdy z nich ma jakąś tam zadrę w sercu, czasami już zabliźnioną. Nie śpieszno im do domu. Wracają często do pustych mieszkań gdzie od lat nikt na nich nie czeka. Ich kobiety dawno rozpłynęły się  w snach.  Idą spać by nazajutrz stanąć rankiem do roboty i nie mieć zbyt dużego kaca. Tak od lat... Nie myślą niczego zmieniać. Ich egzystencję znaczy marazm. 

(zdjęcie z internetu)

Takich “Nas” można spotkać nie tylko przy polskich przewoźnikach. Jest więcej takich miejsc. Nie wymienię ich z nazw. One się zmieniają. Pozostają ci sami ludzie. To jedno z "dobrodziejstw" emigracji. Kiedy samotność i alienacja zżerają jak zaraza. I nie ma reguły  kogo przeznaczenie wskaże palcem. Ciebie, jego, mnie... Czasem to ci bardziej wrażliwi, niekiedy ci mniej zaradni czy zapobiegliwi. Nie brakuje wśród nich bardzo zdolnych, którym zabrakło determinacji, szczęścia, pracowitości?  Wyobraźni może. W każdym razie los się do nich nie uśmiechnął. Pominął przy rozdawaniu kart...

cdn


wtorek, 12 lutego 2013

Manipulacja






Dziś dostałam ciekawy link ze strony: http://sukceslink.pl/post/26000374698
dotyczący technik manipulacyjnych. O większości z nich wiemy, niektóre sami stosujemy mniej lub bardziej świadomie. Szkoda tylko, że tak rzadko o nich myślimy!

Gdzie byłyście Dobre Rady podczas mojego ostatniego zakupowego szaleństwa gdy Anioł Zdrowego Rozsądku mnie opuścił? Dlaczego przed wejściem do sklepu nie miałam przy sobie małej ściągawki w postaci czyhających na mnie niebezpieczeństw? Właściwie to niezły pomysł: przed każdym wejściem do sklepu odczytywać jak modlitwę techniki manipulacyjne, aż do opanowania, aż do zupełnej odporności, aż do wyostrzenia krytycznego zmysłu….
Ale, życie bez tej odrobiny szaleństwa i nieprzewidywalności… czymż by było… jak potrawa bez soli i pieprzu, troche mdłe…
Zostawiam was z podstawowymi technikami manipulacyjnymi. Korzystajcie z nich…umiarkowanie J



Reguła wzajemności - od małego nas uczyli że należy za wszystko dziękować, jeżeli nie podziękujemy może się to wiązać z przykrymi emocjami, mamy wewnętrzną obawę przed tym ze komuś nie podziękujemy. W sklepach bardzo często stosuje się na przykład darmowe próbki, nie są rozdawane po to by ktoś się mógł “najeść”, ale po to by poczuł wdzięczność i w ramach podziękowań zrobił zakup. To samo tyczy się wszelakich gratisów itd. Należy również zwrócić uwagę na wartość “prezentu”, najczęściej wykorzystywany prezent ma nikłą wartość, w stosunku do wymaganej reakcji! Reguła ta jest również odpowiedzialna jest za większość napiwków i prezentów.


Manipulant sobie odpuszcza dając nam prezent - jest to wykorzystanie reguły kontrastu, bez jakiegokolwiek wstępnego zobowiązania. Wyobraź sobie spotykasz żebraka prosi Cię o 2 złote, nie chcesz mu dać, zaraz potem prosi o 20 gr. dajesz mu, tylko, dlatego że dał Ci prezent w postaci zmniejszonych żądań wobec Ciebie. Ty próbujesz odwzajemnić jego prezent. Dlatego na przykład, na wystawach i w sklepach na pierwszym miejscu pokazują nam rzeczy drogie, tylko po to by w odpowiednim momencie dać nam prezent w postaci, pokazania tańszych substytutów, rabatów, przekreślonych cen, obniżek itd. Spacerowałem niegdyś po Krupówkach w Zakopanym ze zdziwieniem odkryłem że rzadkością jest sklep, który nie ma stałej ozdoby na szybie w postaci napisu “promocja” czy też “obniżka”.



Zasada kontrastu - wyobraź sobie że kupujesz komputer za 3 tyś zł, w momencie zakupu sprzedawca proponuje ci zakup jeszcze głośników w cenie 200 zł. Jest dużo większe prawdopodobieństwo, że zdecydujesz się na zakup tych głośników mimo że są drogie, niż gdybyś przyszedł kupić same głośniki. Czym jest 3000 zł wobec 200 zł? Dokładnie tą sama regułę stosują w prawie każdym markecie, wystawiając przy kasie drogie produkty (gumy, batoniki, i inne takie). Jednakże stojąc przy kasie mamy już koszyk zapełniony tym, co chcieliśmy kupić i dodanie do tego małego drogiego produktu nie stanowi dla nas w kontraście z pozostałymi zakupami wielkiego wydatku.



Prawo limitu - raczej napewno spotkałeś się kiedyś z tekstem: “oferta ważna do…” itd, czy myślisz że rzeczywiście opłaca się komuś sprzedawać świetnie się sprzedający produkt tylko do któregoś tam dnia? No jasne że nie, bo nie o to chodzi. Tak samo z hasłem “liczba miejsc limitowana”. Ograniczenie powoduje przywołanie emocji związanych z utraconymi możliwościami, które nie są nazbyt wesołe, stąd czasem podejmujemy szybkie i kierowane emocjami decyzje. Podobnie jak prawo limitu działają wszystkie zakazy, cenzury i nakazy, coraz częściej się od nich na szczęście odchodzi.



Konformiz - myślę, że tu nie trzeba wiele tłumaczyć, sprawa prosta, niech tłum za nas myśli. Skoro 80% studentów już z tego skorzystało nie mogę się narazić na emocje związane z tym, że będę odludkiem, też musze skorzystać. Ktoś to ładnie nazwał dowodem społecznym, coś jest prawda jeśli społeczeństwo oto robi, a w związku z tym tak być musi.




Sympatia - zdarza się dosyć często ze ktoś w imię przyjaźni sympatii nas o cos prosi, mimo ze tego wcale nie chcemy. Czy to jest przyjaźń, sympatia? Czy raczej próba manipulacji naszą decyzją, tak by wywołać strach spowodowany utratą przyjaźni, w przypadku decyzji odmownej? Sam sobie odpowiedz.



Błędne skojarzenia - wysoka cena = wysoka jakość, atrakcyjny wygląd = inteligencja mądrość, tytuł naukowy = nieomylność, ubranie = wiarygodność, ludzie patrzą = musisz być perfekcyjny. Niestety skojarzeń takich możemy wypisywać ogromna liczbę, każde z nich może być narzędziem kolejnej manipulacji…



Artykuł pochodzi ze strony Dyżurnego Manipulanta Kraju - Manipulant.pl - Manipulacja, perswazja i wywieranie wpływu.
Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

To tylko nieliczne z technik manipulacyjnych, pozdrawiam ciepło… J

Dla porządku dorzucam garść obrazków z mego otoczenia, a więc: troche przyrody, mój płaszczyk z "Mais , ou il est le soleil?" i Kajetek oglądający telewizję, pozdrawiam.

niedziela, 10 lutego 2013

Mais il est où le soleil? - odgrzany romans



Witajcie kochani wieczorową, niedzielną porą.
Opowiem wam krótko o pewnym pełnym namiętności związku. 
Ale najpierw parę słów tytułem wstępu.
Pamiętacie jak narzekałam na brak sieciówek i centrów handlowych w Belgii? 
To wszystko prawda i podtrzymuję swoje narzekania. Ale Belgia to również, a może przede wszystkim ogrom niszowych, oryginalnym mark ciuchów. Niepowtarzalnych, za to rozpoznawalnych w świecie mody nazw. Jak pisałam juz wcześniej, wiele celebrytów przyjeżdża specjalnie do Brukseli by pobuszować po małych, niepozornych butikach. Bardzo silną grupę stanowią tu młodzi stosunkowo artyści i designerzy zarówno w świecie ubrań jak i architektury oraz wzornictwa użytkowego. To belgijska awangarda wywodząca się głównie z mlodych, flamandzkich projektantów, choc nie tylko oczywiście. 

Koło mojej pracy znajduje się jeden z nielicznych butików o bardzo wdzięcznej nazwie: Mais il est où le soleil? ( w wolnym tłumaczeniu: ale gdzie jest słońce?) Młoda, niszowa, ekskluzywna marka, ktora od 12 lat świetnie sobie radziła na światowych rynkach. Niestety, nie oparła się kryzysowi i w ubiegłym roku jej finansowe wyniki ( mimo poczynionych właśnie wielkich inwestycji) poleciały na łep, na szyję. Zamknięto większość punktów ( jako jeden z nielicznych, ostał się ino ten w sąsiedztwie mojej roboty - na pokuszenie!), nowy właściciel rozpoczął proces ratowania reputacji marki. 

Ceny troszkę spadły, choc nadal są powyżej przeciętnej. 
Od zawsze lubiłam ciuchy z tego sklepu. Są takie... teatralne, bajkowe, jakby osoby je noszące nigdy nie wyrosły z zabawy lalkami. naturalne tkaniny, niecodzienne kroje, duzo falbanek, koronek...
To nie jest moda dla każdego i rozumiem, że są osoby, które nie cierpią takiego stylu.
Dla mnie to czarodziejska kraina, w której pobyt nabiera szczególnego znaczenia w szaro-burym kraju, jakim jest wiecznie deszczem płacząca Belgia. 



Najczęściej w tym sklepiku tylko ogladałam ciuchy. Poźniej jakoś przestałam do niego zagladać. Kilka dni temu - było już grubo po okresie wyprzedaży nieopatrznie skierowałam tam swoje kroki. I tu dosięgnął mnie miecz sprawiedliwości, który równo tnie po kieszeni. Nie wydałam ani grosza podczas szaleństwa "soldów", zupełnie beznamietnie omijałam szerokim łukiem sklepy, tak teraz nadrobiłam co się dało - z nawiązką.
Na wieszakach wisiały jeszcze resztki wyprzedaży. Natychmiast dojrzałam uroczy, niebanalny bombkowy płaszczyk i kilka innych rzeczy. Zwłaszcza sukienki maja piękne, nie mogłam sie oprzeć...
Wiem, że koronki trochę pogrubiają i w ogóle... ale przyjemność jaką czerpię z ubierania tych fatałaszków przewyższa kompleksy z powodu tych kilku centymetrów więcej niż byc powinno w biodrach.
Myślę, że to naprawdę fajnie być kobietą, nigdy bym sie nie zamieniła na płeć.
Ba, patrząc przez pryzmat przyjemności płynących z bycia kobietą zaczynam nawet rozumieć poseł Grodzką, niekwestionowaną celebrytkę ( celebrytę?) ostatnich tygodni. Nawet przestałam telewizję oglądać.  Jak otwieram lodówkę to aż się lękam, czy i z tamtąd mi posłanka Grodzka nie wyskoczy :)
Tym społeczno-politycznym akcentem kończę zdecydowanie modowy post.
Następne modowe będą poświęcone również stylizacjom z udziałem "Mais il est où le soleil?", aż do wyczerpania kombinacji :)
Chyba, że w międzyczasie popełnię inny tematycznie post.

P.S. A dlaczego odgrzany romans? Bo znów się zakochałam w tej marce... A to tak blisko mojej pracy...
Dla bezpieczeństwa własnego i rodziny obiecuję przed wyjściem do pracy zostawiać wszelkie środki płatnicze w domu... A na szczęście nie dają jeszcze ciuchów na kreskę...

Jeszcze mała dygresja na temat butów. Nie wiem, czy też tak macie. Wchodzę do sklepu i mam całkowiecie stuprocentową pewność, że rzecz na którą właśnie spoglądam, to absolutnie coś co zawsze było w mojej głowie. Nie zawsze spełnia to standarty aktualnych trendów i to mnie w zupełności nie obchodzi. Bo czymże jest moda? Odgórnie narzuconym blokiem wytycznych jak się ubierać, bądź nie ubierać? Wolałabym być postrzegana jako osoba stylowa, nie modna. Pamiętacie co na temat mody i stylu mawiała madame Chanel? Całkowicie się z nią zgadzam. Ale do czego tak zawile zmierzam? Aby usprawiedliwić śmieszne, czubate, starannie wykonane skórzane butki. Jak je zobaczyłam, to naprawde nic mnie nie obchodziło. Wiedziałam tylko, że dawno już nie widziałam takich zabawnych, oryginalnych i wygodnych butów.