czwartek, 31 stycznia 2013

Jacy jesteśmy? czyli: Migawki z życia polskiej emigracji.






Klik po raz pierwszy!
Sobota rano. Przed ósmą. Puste ulice. Ani żywego ducha. Za to przed polska szkołą przy ambasadzie – tłumy dzieci. Nie muszą się zrywać wczesnym świtem w soboty i przyjeżdźać tu z daleka na zajęcia. Wiekszość z nich nie wróci nigdy do Polski. Tutaj wrośli. Nie muszą znać Mickiewicza i jak twierdzą nudnych „Dziadów”. To ich dobrowolny wybór. Dzieci chcą się uczyć, polskich szkół przybywa...


Budynki Uniwesytetu w Leuven


Klik po raz drugi!
Metro. Ludzie zbici w kupki czekają na pociąg. Młoda dziewczyna rozgląda się po peronie. Dostrzega dwie rodaczki. Podchodzi pewnie do rozmawiających kobiet. Nawet gdyby nie dolatywały jej strzępki polskiej mowy, to i tak w całym świecie nie ma takich trwałych ondulacji. poza tym nasze charakterystyczne, słowiańskie rysy.Polki. Bez pudła.
- Przepraszam, czy dojadę tym metrem na Stockel?
Kobiety chowają się w siebie, zaskoczone milkną, nabierają dystansu. Jedna z nich niepewnie bąka łamanym francuskim: „pas compris...”
- Wielkopaństwo pieprzone, wiocha zasrana, słoma z butów wygląda! – wściekła dziewczyna bulgocząc najgorszymi obelgami odchodzi zapytac kogoś innego.



Klik po raz trzeci!
Duża, międzynarodowa firma.  Wmieszana w wielobarwny tłum uczestników sympozjum nalewam sobie do plastikowego kubka kawy z dystrybutora. Obok słyszę dwie dziewczyny rozmawiające po polsku. Strasznie się cieszę, to rzadkość w naszej firmie. Nieczesto przyjeżdżają do nas Polacy. Tym bardziej uradowana mówię z szerokim uśmiechem:
- Jak milo jest usłyszeć polską mowę!
Patrzą na mnie jakbym się urwała z choinki i odchodzą szybkim krokiem.  Jakbym popełniła jakieś straszne  faux pas. Zostaję pośrodku holu z kubkiem kawy i debilnym wyrazem twarzy.


Klik po raz czwarty!
Jeden z najstarszych i najpiękniejszych kościołow Brukseli. Wypełniony po brzegi. Tysiące osób. Odbywa się Msza poświęcona zamordowanemu przez polskiego Cygana.belgijskiemu nastolatkowi. Zabił za mp3. W pierwszej ławce rodzice dziecka. Zgodzili się uczestniczyć. Wcześniej polskie dzieci ze wszystkich tutejszych szkół wysłały im wzruszające listy i rysunki. Wyrazy współczucia i solidarności. Były tego całe worki. Taka spontaniczna inicjatywa. Uroczystość transmituje belgijska telewizja. Oglądaja ją moi znajomi Belgowie.- Alez wy potraficie się jednoczyć! – mówią wzruszeni naszą postawą.


Klik po raz piąty!
Stacja paliwa. Do dystrybutora biegnie zdyszany mężczyzna. W ręku trzyma maly kanisterek na benzynę i wymięte dziesięć euro. Stacja zamknięta. Jest niedzielny poranek. Oprócz niego tylko jedna osoba nalewa ropy do swego auta, wielkiego Nissana Navary. Facet z kanisterkiem szarpie za drzwi. Zamkniete. Kopie z całej siły kamień i kląc szpetnie wybiera numer z komórki: „ K...., Wiesiu, nie zdobędę paliwa. Stacja zamknięta, a my nie mamy karty, k..., co robić?”
Facet z Navary podchodzi i mówi najczystszą polszczyzną: „Daj pan ten kanisterek, zatankuje panu.” Tankuje do pełna, podwozi kierowcę TIRA do jego auta. Na miejscu jest już policja. Jako, ze mówi miejscowym językiem, gładko wymyśla na poczekaniu historyjkę, jakoby auto się popsuło, a pomoc już wezwana. W przeciwnym wypadku niehybnie byłby mandat za jazdę bez odpowiedniej ilości paliwa. Policjanci odjeżdżają. Polscy kierowcy oddychają z ulgą. Nieznajomy wciska Polakom jeszcze dwadzieścia euro wskakuje do swego auta i zanim zdążą podziękować, znika za zakrętem.


Klik po raz szósty!
 Duży sklep z materiałami budowlanymi. Znudzona kasjerka obserwuje spod przymróżonych powiek klientów kręcacych się w środku.
- Wy Polacy nie jesteście solidarni. – mówi nagle do stałego klienta czekającego przy ladzie na magazyniera, który poszedł sprawdzić jakiś produkt.
- Dlaczego? – pyta zaskoczony.
- Obserwuję tu przedstawicieli różnych narodowości. Jak Czech zobaczy Czecha to się cieszą, Ruski Ruskiego – tak samo. Wy, Polacy – udajecie, że się nie znacie...



Klik po raz siódmy!
Autentyczne cytaty z polonijnych portali internetowych:

"Nie wiem czy gdzies w innym kraju jest tak jak w Belgii, Polak Polakowi nigdy nie pomoze, a jak juz pomieszka w Belgii kilka lat to zachowuje sie jak by byl conajmniej krolem tego kraju."

"Belgijka, niestety, w kazdym kraju jest tak samo jesli chodzi o naszych rodakow. Mieszkam w UK od trzech lat, poza granicami Polski jestem od siedmiu lat i zauwazylam jedna prawidlowosc. Polacy Polakom wilkiem.
Uwazaja sie za lepszych jesli sa w danym kraju dluzej od nas, sa aroganccy, zacofani, zadufani w sobie i lubia rzucac innym klody pod nogi.Sa tez Ci dobrze wychowani Polacy, ale ich w tlumie nawet nie zauwazysz, bo zachowuja sie/wygladaja normalnie."

"Zabawne. Wszyscy Polacy, jakich spotykam za granica twierdza to samo: ze maja problemy z powodu innych Polakow. Ale tu nasuwa sie kolejne pytanie: kim sa ci "inni Polacy"? No bo jezeli kazdy twierdzi, ze on jest taki dobry a inni zli, to cos tu nie gra, nie prawdaz...?
Apeluje do was: zacznijcie ludzie od siebie i wlasnej postawy! Nie patrzcie na innych, tylko sprobujcie podac sami komus pomocna dlon i otaczac sie zyczliwimy ludzmi...Tak to sie zaczyna: nie probuj zmieniac innych, zmien siebie..."

"bo jak sie mieszka w Belgii to trzeba zadawac sie z Belgami, ja tutaj mieszkam 18 lat i zadnych Polakow nie znam,znam za to samych Belgow, tak ze nie rozumiem po co ci jakies kontakty z Polakami"

"Polak Polaka ostrzega przed Polakiem  "





Klik po raz ósmy!
Autentyczne ogłoszenia w polonijnej prasie:

" Mam 26 lat i poznam Panią w celu właśnie jakiegoś poznania."

" Misio, lat 55 pozna panią."

" Kobieta 55 lat, niby domatorka, a jednak coś więcej..."

" Zapoznam Pana katolika, odpowiedzialnego i zmotoryzowanego. Panom po rozwodzie dziękuję!"



Klik po raz dziewiąty!

Usłyszane przeze mnie stereotypy o Polakach:

Jesteśmy solidarni/ niesolidarni.
Jesteśmy pomocni/ zawistni.
Polacy pracują na czarno, a polskie kobiety sypiają ze swoimi pracodawcami.
Polki noszą tlenione na blond włosy i mają odrosty. ( coraz rzadziej)/ Polki to najpiękniejsze i najbardziej eleganckie kobiety w Europie. ( coraz częściej)
Jesteśmy pracowici i skuteczni. Szybko się uczymy i jesteśmy profesjonalni.
Dużo pijemy: "Pijany jak Polak", " Pijany jak cała Polska"
Jesteśmy złodziejami/ Jesteśmy uczciwi.
Jesteśmy ciepli i rodzinni.
Jesteśmy odważni/ Jesteśmy narwani. 

Tak nas postrzegają, a jacy naprawdę jesteśmy?

Szmatki jakie mam na sobie:
kurtka, czapka - Esprit, torba - Tignanello ( http://www.tignanello.com), spódnica - JBC, sweter - H&M, rękawice - Promod, kozaki - Zinda ( http://www.zinda.es/lang/en), rajtki - Veritas.

Poniżej: moja belgijska wioska zimą - Kortenberg.













niedziela, 27 stycznia 2013

Rue de la Régence - Rue Coppens.





Rue de la Régence opada szeroką, równą wstęgą od Pałacu Sprawiedliwości w kierunku Pałacu Krolewskiego i dalej. Pobliska Avenue Louise to serce światowej mody i snobizmu, zaś Rue de la Régence («Regentschapsstraat» po flamandzku)  jest ucztą dla duszy i pokarmem dla ciała.



Choć nie mamy za wiele, to i tak jesteśmy zdobywcami świata!  Z  wysokości swego skromnego gniazdka dotykamy gwiazd,  chłonąc wszystkimi zmysłami otaczajacą nas wyjątkową atmosferę pobliskiego Place de Sablon. Bo tu mieszkamy co niezmiennie wprawia mnie w zachwyt i zdumienie. Codziennie w podskokach pokonuję skrzypiące, wijące się aż na samo poddasze wąskie schody -  escalier en colimaçon. Nasze gniazdko odpowiada trzeciemu, może czwartemu piętru, choć ze wzgledu na wysokość stropów to zaledwie drugie. Przedwojenne kamienice są strzeliste. Nie ma windy, ani domofonu, więc za każdym razem, gdy usłyszę dzwonek muszę wychylić się daleko, daleko z kuchennego okna by zobaczyć, kto stoi pod drzwiami. Jesli to „swój”, zrzucam mu klucz włożony do małego bawełnianego woreczka. Jesli to obcy, znów niemalże frunę stromymi schodami w dół, trzymając sie kurczowo wyslizganej poręczy by naprawdę nie odfrunąć na zakrętach. I tak kilka razy dziennie.



W kamienicy są zaledwie dwa mieszkania. Każde z nich nazwałabym raczej: „studio” lub „flat”, czyli takie wszystko w jednym.
Pod nami mieszka pan Nikt. Jest przeźroczysty i niezauważalny. Na dźwięk kroków na schodach wycofuje się pośpiesznie do swego mieszkanka. Nieufnie odpowiada na „dzień dobry”, bo tylko na tyle w tym czasie możemy się z nim porozumieć po francusku. Coś z nim jest nie tak, ale dalecy jesteśmy od zawracania sobie tym głowy. Po jakimś czasie flat pustoszeje. Od właściciela kamienicy dowiadujemy się, że był to chory na AIDS młody homoseksualista.  Z każdej litery układającej się we francuskie słowo SIDA ( odpowiednik AIDS) wyziera i szczerzy zęby lęk wynikający z niewiedzy. Jest to jeszcze długo przed śmiercią Freddy Mercury`ego...



Życie toczy sie dalej. Do mieszkania pod nami wprowadza się nowa lokatorka. Panna: Regardez-moi comme je suis belle! Ta dla odmiany nie daje zapomnieć nam o swoim istnieniu. Przeszkadza jej wszystko, nawet to, że oddychamy. Na szczęście mieszkanie nie spełnia jej oczekiwań. Jak przystało na funkcjonariusza Komisji Europejskiej  ma dość duże wymagania lokalowe. Wyprowadza się, a my zostajemy zupełnie sami w całej kamienicy.
Żyć, nie umierać!



Uwiliśmy nasze małe gniazdko, szalenie drogie, w jednym z najbardziej magicznych miejsc w Brukseli. Gdzie króluje sztuka, artyzm i arystokratyczne klimaty. Jeden pokój, mała kuchnia z... prysznicem po środku. Przez wielkie puste okno dosłownie księżyc wchodzi do środka, uliczne lampy są zbyt niskie by do nas zajrzeć. Nie potrzebujesz firanek. Masz pewność, że nikt cię nie podgląda, bo przed tobą tylko ceglane fragmenty ścian i kolorowe dachy baszt i kościelnych wież. Centralne ogrzewanie w mieszkaniu zastepuje malownicza, żelazna koza na wygietych misternie nóżkach. To buchająca ciepłem i smrodem oleju dusza salonu i sypialni w jednym. Ze słońcem i gołębiami jesteśmy za pan brat. To pierwsze łaskocząc nas w powieki każdego ranka, wymiata spod nich jak miotłą resztki snu. Gołębie to najbardziej bezczelne i najbardziej miejskie ptaszydła świata. Przysiadają na szerokim parapecie i wyjadaja nam bezceremonialnie okruchy chleba z zakamarków dłoni. Na parterze naszego domu znajduje się sklep dekoratorski, tkaniny, poduchy, chwosty ozdobne. Od przepychu aż kapie, klientela do której my na pewno się nie zaliczamy. Moja noga nawet nigdy nie śmiała przekroczyć progu tej świątyni piekna. Ale codziennie rano patrzę i podziwiam za darmo zmieniajace się cyklicznie dekoracje w witrynie sklepu.

Komunikacja jest tu doskonała. Niedaleko domu linia tramwajowa i wiele autobusów. Wszystko jasne i nieskomplikowane. Pojedziesz jeden przystanek w lewo – witasz stację metra przy Avenue Louise, kilka przystanków w prawo – metro Parc niedaleko instytucji królewskich. A metrem, to juz wszędzie blisko! Na przeciw mego domu synagoga i Konserwatorium Krolewskie. W dzień dochodzą dźwięki skrzypiec, kontrabasów i innych niezliczonych instrumentów, których nie znam. Odbywające się co roku Konkursy Królowej Elizabeth przyciągają rzesze uczestników i miłośników muzyki poważnej. Pod synagogą raz w tygodniu tłum wiernych. To Żydzi przyszli na nabożeństwo. Świątyni strzegą wówczas uzbrojeni po zęby komandosi. Dyskretnie, ledwo zauważalnie, wtopieni w małe, sąsiednie uliczki.. Ja dostrzegam ich obecność bez trudu, bo jeden z żołnierzy stoi zazwyczaj przy drzwiach do mego domu. Wymijam go delikatnie próbując dostać się do swego królestwa. Wyglada groźnie, ale zdradza go miły i łobuzerski uśmiech, a w oczach zaczepne, radosne ogniki gdy mówi mi „bonjour”. Wygląda na niewiele starszego ode mnie. 

Raz w tygodniu po modłach w świątyni sklada nam wizytę polski Żyd Samuel Melek*, lekarz z grodu Przenajświętszej Panienki. Mówi śmiesznie po polsku, całuje rączki drogiej gospodyni czyli mnie, wypija trzy filiżanki herbaty, chwaląc moją porcelanę kupioną okazyjnie na pchlim targu i zarządza badanie. Na nic nasze protesty. Samuel unosi sękaty palec w góre, mróży wesołe oczęta i mówi, a broda mu przy tym śmiesznie podskakuje: „ O nie, szanowna pani, paluszki takie zimne, może niedokrwistość jaka, albo anemia. Zdrowie to podstawa!”. Na odchodnym wypija jeszcze jedną filiżanke herbaty: „ bo jakaś dobra taka”, karmi nas jedną z wielu ciekawych opowiastek ze swego dzieciństwa i młodości spędzonego w Polsce. Na koniec ...inkasuje za konsultację medyczną, tak po znajomości „ calkiem niedrogo” i kłaniając sie w pas kapeluszem, pozdrawiając mamusię, drogich dziadków, Najświętszą Panienkę i całą Polskę odpływa w kierunku schodów zapowiadając się za tydzień.
Nie mam serca mu odmówić, choć jawnie nas naciąga. Ale robi to z takim wdziękiem...

W tygodniu, wymijam gromady turystów na mojej codziennej trasie. Ciągnę siaty z zakupami, bo w pobliżu nie ma żadnego supermarketu. To jedyna niedogodność, a jeść przecież coś trzeba! Liczne antykwariaty i galerie nie zaspokoją podstawowych potrzeb człowieka, a mały, szalenie drogi nocny sklepik za rogiem jest jedynie kołem ratunkowym gdy trzeba skoczyć po sól, która zawsze kończy się w nieodpowiednim momencie. Albo ugościć niespodziewanych gości różanym winem.




Przyzwyczaiłam się, że mieszkając w takim miejscu nieustannie mam przed nosem pstrykających zdjęcia ludzi ze wszystkich chyba stron świata. Za to gdy przychodzi weekend lub długimi letnimi wieczorami w środku tygodnia, sama zamieniam się w turystkę. Wtapiam się w bezimienny, leniwy ludzki potok, odwiedzam galerie i muzea, zakradam się od Domu Aukcyjnego-lubię tę adrenalinę towarzyszącą zakupom dzieł sztuki, ostatni grosz wydaję na czekoladowe ciastko w cukierni Wittamer, słynacej z tego, że obsługuje wszystkie „słodkie „ imprezy na królewskim dworze lub kupuję porcelanową filiżankę „z duszą” w sklepie z porcelaną ...na kilogramy! W średniowiecznych, chłodnych nawach Notre Dame de Sablon, kościoła zbudowanego przez cech łuczników – szukam odpowiedzi na moje prawdziwe lub wyimaginowane problemy. Czasem po prostu jestem...

Tak było dwadzieścia lat temu...
cdn
* z przyczyn oczywistych ( być może ktoś nie życzy sobie być opisywany) - zmieniłam imiona i nazwiska opisywanych osób.

czwartek, 24 stycznia 2013

Białe portki.








Jakiś czas temu przeczytałam, że w garderobie prawdziwej Paryżanki oprócz małej czarnej powinny znaleźć się białe spodnie. Wzruszyłam ramionami i przeszłam nad tym do porządku dziennego. Nie poczułam się w jakiś sposób zobowiązana. Coż, daleko mi do Paryżanki, a Brukseli do Paryża.



Zaraz potem, jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności ( a niby nie jestem podatna na reklamę, ale to pewnie była reklama podprogowa) mój wzrok przyciągnęły białe spodnie w H&M. Nie dość, że białe dżinsy, to jeszcze ostatnia, niedroga, jak to w H&M para. Zakwiliło we mnie dziecię, ktore natychmiast chce tę zabawkę wytęsknioną, no i tak weszłam w ich posiadanie. Było to jakiś czas temu, bo teraz, jak już pisałam od nowego roku wzbraniam się przed zakupami bardzo skutecznie. Zaznaczam, że nie zamierzam być całkowicie ortodoksyjna w tej materii i nie zarzekam się, że nic, nigdy sobie nie kupię.



W każdym razie tegoroczne wyprzedaże nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia, nic sobie nie kupiłam i jest mi z tym bardzo dobrze! Zdrowieję czy wręcz odwrotnie?

Wspomnienie niedawnych uporczywych chorób sprawia, że ciągle jestem mocno opatulona i taka pozostanę pewnie do przylotu pierwszych bocianów ( w Polsce, bo w Belgii nie widziałam)



A już za chwilę, w następnym tygodniu, dla równowagi zaproszę was do zwiedzenia ze mną jakiegoś brukselskiego zakątka.
Myślę, że wokół każdego z nas jest tyle ciekawych miejsc, zdarzeń i ludzi, że bez końca mogą budzić nasze zdziwienie i zachwyt. Trzeba tylko szeroko otworzyć oczy i nadstawić ucha J A ja jestem taka trochę podglądaczka rzeczywistości.

Poniżej: wersja "opatulona" i trochę bardziej elegancka, oraz Tunia w całej swojej krasie.






środa, 23 stycznia 2013

Pétition contre la libération de Marc Dutroux



Kochani, może się powtarzam i zanudzam, ale próbuję z tą akcją dotrzeć wszędzie gdzie się da. ( Opublikowałam wcześniej na Facebooku). Jest to petycja przeciwko warunkowemu zwolnieniu belgijskiego pedofila Marca Detroux.
Jego żona jest już na wolności. Człowiek ten, który odsiedział w komfortowych warunkach część kary jest pedofilem i mordercą, który na zimno, bez emocji, przy czynnej pomocy swej żony porywał, wykorzystywał seksualnie, a następnie mordował swoje ofiary.
DWIE Z NICH ZMARŁY ŚMIERCIĄ GŁODOWĄ.
Zdjęcia tych małych, nieszczęsnych dziewczynek możesz zobaczyć tutaj:



Nie działał w afekcie, zastraszony, zmuszony czy pod wływem środków odurzających.
Nigdy nie wykazał skruchy, przeciwnie, udało mu się zbiec z Pałacu Sprawiedliwości w biały dzień przy wzmożonym nadzorze. Pytacie jak to się stało? Pewności nie ma, ale wielce prawdopodobne jest, wiele dowodów na to wskazywało, a pisała o tym dużo belgijska, niezależna prasa, w pedofilską ośmiornicę zamieszanych było wiele ważnych osób w państwie. Dlatego sprawie ukręcono łep…

Na szczęście przytomnej reakcji zwykłych obywateli, szybko go ujęto.
Dotąd jego prośby o zwolnienie był odrzucane. Ale pod koniec ubiegłego roku uwolniono jego zone, która przed ludzkim gniewem i pogróżkami skryła się w murach jednego zakonu ( tylko jeden z nich zgodził się ją przyjąć, pozostałe stanowczo odmówiły). Rząd jak to zwykle bywa w takich sytuacjach zapewnił jej z pieniędzy podatników solidną ochronę. Na koniec roku widziano ją nawet w jednej z eleganckich restauracji oczywiście, w asyście ochroniarzy…
Nie wiem czy tak wygląda sprawiedliwość…
W każdym razie, bardzo proszę, zajmie to ci tylko kilka chwil, podpisz tę petycję, poniżej jest link,  a dla tych co nie znają francuskiego – mała instrukcja po polsku:

wpisujemy maila, później pokazują się nam okienka i tam gdzie Nom complet - imię i nazwisko, Pays- wybieramy Pologne i kod pocztowy  i klikamy Signer - zrobione 

SIGNEZ:







piątek, 18 stycznia 2013

Mała Czarna Nieśmiertelna.



Gdy zawodzi zdrowie, pogoda, gdy brakuje inspiracji i pomysłu na ubranie sięgam po stary, dobry zestaw i nieśmiertelną kolorystykę. Mała Czarna Niesmiertelna. Dobrze sprawdza się zarówno na salonach, jak i w zwykłym, codziennym miejskim wydaniu. Jak w moim przypadku. To jedna z tych części garderoby, które każda kobieta powinna mieć w szafie. Moda na MCN nigdy nie przemija, wręcz odwrotnie. Apetyt projektantów bywa na nią nieposkromiony!

W kwestii kolorów uciekam też w utarte schematy. Takim kolorystycznym pewnikiem jest kamel, brąz, musztarda. Wyparta sezonowo przez inne, modne aktualnie kolory powraca dumnie, gdy tamte zawodzą. Camel nigdy mi się nie nudzi. I dobrze sie komponuje.


Tydzień temu, po długiej chorobie wyszłam po raz pierwszy na zakupy w towarzystwie małej czarnej i kamelowo-brazowych dodatków. Naubierana na cebulkę, nie śmiałam zdjąć czapki z głowy. Bo zima do Belgii nadciąga wielkimi krokami. Meterolodzy straszą, że trochę potrwa... A ja tuż, tuż po chorobie, więc nie będę igrać z panią Zimą, która lubi poszczuć ludzi grypą. Z tą druga miałam już do czynienia tego roku i więcej nie zamierzam.

                               sukienka - Promod, buty - ?, sweter - JBC, czapka - Veritas

P.S. Gdy piszę te słowa, nie jest wokół mnie tak zielono jak na zdjęciach. Zima stała się faktem. Za oknem lecą z nieba wielkie, puszyste, leniwe kropy.
Pierwszego dnia, gdy zaczęło śnieżyć wielu ludzi zostało w domu. Ale ja jestem przecież dziewczyną ze Wschodu i takie warunki pogodowe nie są mi straszne :)

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Pomiędzy tęsknotą a wieżą Grand Place.część 2




Jej Wysokość Bruksela – Broekzele czyli ” wieś na bagnach”. Wbrew pozorom – tętniąca życiem. Wbrew pozorom – interesująca. Dyskretna lecz nie prowincjonalna. Wytworna. Pozwalająca powoli, ze smakiem napawać sie jej czarem. Umiejętna z niej uwodzicielka! Rozkochała mnie w sobie wbrew mnie samej. Pomimo pogody bardziej angielskiej niż w Anglii. Na przekór codziennym niedogodnościom. Wbrew wszechobecnym psim kupom na ulicach. Szare, zasnute niebo i połamane przez wiatr parasole to najczęstszy widok w tym kraju. Jednak brak słońca rekompensuje codzienne obcowanie ze sztuką przez duże “S”.  W zwykłych – niezwykłych domach mieszkają szarzy ludzie. Nierzadko emigranci – jak ja. Kolebka europejskiej secesji, która śmiało mogłaby konkurować z Wiedniem o palmę pierwszenstwa.



 Miasto o wielu twarzach. Dosłownie i w przenośni. Bruksela – to “białe kołnierzyki” wielotysięcznej urzędniczej armii Unii Europejskiej, kolorowe stroje afrykańskich, czarnoskórych emigrantów, arabskie kefije czy indyjskie sari. Wszystko miesza się ze sobą i przenika tworząc niepowtarzalny misz-masz. Współczesna wieża Babel! Polacy stanowią w niej istotny element. Jesteśmy jedną z większych społeczności emigracyjnych w tym kraju i mieście. Bruksela to klimat małych zacisznych restauracyjek i smak najpyszniejszych na świecie czekoladek, nawet jeśli my, Polacy z uporem trwamy przy naszych wedlowskich smakach, przedkładając je nad wszystko inne. To kulinarna stolica małży. Miasto kontrastów. Nowoczesność i tradycja.  Eklektyzm architektoniczny i kulturowy. Gogiel - mogiel. Brak hiper wielkich centrów handlowych wynagradza obecność światowej sławy butików. Ale także tych mniej ogólnie znanych, lokalnych, za to bardzo prestiżowych. Awangardowi belgijscy projektanci ruszają do ataku! Takich ciuchów jak w tym mieście nie znajdziesz nigdzie indziej na świecie. Czytałam w internecie, że prawdopodobnie nawet Madonna tu wpada na zakupy! Belgowie kochają życie i lubią się bawić. Bogactwo jazzowych klubów i irlandzkich pubów robi wrażenie. Piwo i frytki – to duma tego kraju. To fascynujące miejsce do życia! Nie musisz jechać do Marrakeszu by poczuć atmosferę arabskiego targowiska, wystarczy udać się do dzielnicy Anderlecht. 


Cała Europa jest w twoim zasięgu. Bruksela to doskonała baza wypadowa: Paryż, Londyn, Amsterdam… Dwie godzinki pociągiem, śniadanko pod Big Benem, albo zakupy pod Wieżą Eiffla, a na wieczór jesteś w domu.Jakbyś nigdy z niego nie wyjeżdżał. Godzina drogi nad morze i niewiele dłużej – w góry. Nie tak wielkie jak nasze Karpaty, ale równie malownicze jak Bieszczady. I wszystko to osiągalne w godzinę. Najwieksze zbiory światowego malarstwa i współczesna sztuka królująca na ulicach i w metrze. Komiksy – to niemalże narodowe dziedzictwo Belgów. To jedyny taki kraj, którego mieszkańcy bezustannie dyskutują o sensie jego istnienia. To kraj, gdzie istnieją trzy niezależne rządy, ale też kraj, który udowodnił, że całkiem dobrze funkcjonuje bez...rządu! Gdzie co parę lat dochodzi niemalże do rozpadu tego malutkiego państewka, gdzie tyle samo zachwytów co złych emocji wywołuje instytucja króla. Belgijscy politycy mówiący z obcym akcentem nie dziwią nikogo. Jak również fakt, że do kożucha zimą niektórzy  noszą sandały na gołe stopy, że babcia sprzedajaca pietruszkę na targu rozmawia biegle po angielsku. Bo tu nic nie dziwi. Bo to Bruksela właśnie.



Od lat żyję w rozdarciu między pieknymi, dziewiczymi dolinami Podlasia i wielokulturową Brukselą. Ciągle w drodze. Powroty i reemigracje ukształtowały mój stosunek do miejsc, w których przyszło mi  żyć. Bruksela skradła mi serce, na Podlasiu została moja dusza. Coś co raz wyryte w twojej świadomości zawsze będzie ci nakazywało wracać. Jakiś zew, nakaz czerpania ze źródeł, wpisany w twoje DNA.  Podlasie to smak kiszki ziemniaczanej, a Bruksela to parzące w palce, lepkie od grudek cukru ogromne, kluchowate gofry z Liege. I odwieczny spór, które frytki są lepsze. Te z Place Jourdan czy Flagey? Oba te miejsca mają swoich frytkowych fanów.



Moje Podlasie i Bruksela, to miejsca egzotyczne, wymagające szczególnego, uważnego spojrzenia. Podaj mi dłoń, zaufaj, a ja poprowadzę cię sekretnymi uliczkami, z dala od stereotypów i wyswiechtanych opinii. Tylko moimi ścieżkami... Pokażę ci miejsca, które kocham i widzę po swojemu. Użyczę ci magii mego spojrzenia i dorzucę garść praktycznych informacji. Dla porządku, byś się w twoim poznawaniu Brukseli i Podlasia nie zatracił.  






niedziela, 13 stycznia 2013

Pomiędzy tęsknotą a wieżą Grand Place.część 1



Jak to się zaczęło?
Kołysząc się w wypełnionym po brzegi polskim autobusie, z nosem przylepionym do szyby słuchałam mimochodem nieprawdopodobnych opowieści moich rodaków, dla których Belgia, a dokładniej Bruksela stała się drugim domem na wiele lat. Nieraz na całe życie. Opowieści niezbyt budujących. Nie dawałam im wiary. Moja wyobraźnia chciała widzieć europejską stolicę wielką, na miarę Wiednia czy Paryża. Prawie nic nie wiedziałam o tym mieście. Poza tym, że jest stolicą Unii Europejskiej, słynie z frytek, piwa, czekoladek i ...deszczowej pogody. Mówiono, że jest brudna i prowincjonalna...
1500 kilometrów braku entuzjazmu i niepewności. Skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością...


Niestety, nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nawet nie zauroczenie. Po tym wszystkim co słyszałam na jej temat, podchodziłam do niej z niechęcią. Ona też nie była gościnna! Przywitała mnie przeszywającym wiatrem znad Morza Północnego. Pluła mżawką, wciskała się chłodem w każdy zakamarek mego ciała. Bo powietrze nasycone wilgocią daje się bardziej we znaki niż siarczysty mróz w Polsce. Bruksela w porównaniu z innymi stolicami świata wydała mi się bardziej ubogą krewną niż królową. Prowincjonalna stolica niewielkiego kraju udająca metropolię. Położenie w centrum Europy było raczej dziełem przypadku, niż świadomą jej zasługą. Drażniła mnie jej wielokulturowość. Nie mogłam połapać się w gąszczu wielojęzycznych napisów. Mimo, że oficjalnie używa się trzech języków, a nieoficjalnym czwartym jest angielski – nie ułatwia to życia. Konia z rzędem temu, kto zgadnie, że Tournai i Doornik to jedna i ta sama miejscowość, tylko w dwóch językach. W tej sytuacji podróżowanie nie jest takie łatwe i trzeba pilnie patrzeć na znaki. Kiedyś jadąc do Leuven ( niecałe dziesięć kilometrów od mojej miejscowości) zajechałam prawie do Luik, czyli Liege, znacznie oddalonego... Pomyliły mi się nazwy miast. Niech się nie wydaje oczywiste, że we flamandzkiej restauracji dostaniesz menu po francusku. I odwrotnie. A flamandzki stóż prawa bezlitośnie będzie z tobą konwersować tylko w swoim języku.  Nawet jeśli uczyłeś się francuskiego w szkole, to czeka cię niemiła niespodzianka w postaci lokalnej, belgijskiej odmiany tego języka. Nie mówiąc o flamandzkim, który ma tak wiele dialektów, że czasem mieszkańcy sąsiednich wsi z trudnością się rozumieją nawzajem. Przyzwyczajona do polskich centrów handlowych, otwartych niemalże dniami i nocami, już w pierwszy weekend ucałowałam symboliczną klamkę, chcąc zrobić zakupy po dziewiętnastej. Szybko zrozumiałam, że w niedzielę też ich nie zrobię bo tylko nieliczne, małe sklepy są otwarte. Fatalni kierowcy to następna „ atrakcja” Brukseli. Jak i zasada pierwszeństwa prawej strony. Belgia jako jeden z ostatnich europejskich krajów wprowadziła egzaminy na prawo jazdy. Wcześniej dostawałeś je na słowo honoru. Nieprawdopodobne lecz prawdziwe! Za to do częstych, ulicznych stłuczek ludzie podchodzą z wiekszym dystansem, bez emocji. To tylko samochód. Taka mała różnica w poziomie stopy życiowej.
Do tego dochodzą antagonizmy między nacjami, tak silne, że niemalże doprowadziły do rozpadu państwa. I ta ilość rządów: federalny, regionalne. Jeśli nawet któryś z nich aktualnie upada, to przeciętny mieszkaniec Belgii nie zawraca sobie zbytnio tym głowy, w końcu funkcjonują pozostałe.

Mój przyjazd do Brukseli nie był przeze mnie planowany. Nie miałam jednak wyboru. Postanowiłam bliżej przyjrzeć się temu miastu… Sięgam pamięcią wstecz. Nie potrafię jednak uchwycić momentu kiedy straciłam dla niego głowę…
cdn.



 a to ja... komin zas na mojej szyi od Panny Kropki: http://smakkropki.blogspot.com
Dziekuję Kropeczko!


wtorek, 8 stycznia 2013

Powracam fioletem...

Całkowicie wypadłam z obiegu. Przez grypę. Wytrąciła mnie z równowagi i pozbawiła ochoty na, doslownie wszystko! Poniedziałek - pierwszy dnia w pracy. Dyrektor usłyszawszy mój głos odesłał mnie do lekarza. I zebym chora nie wracała! Dochodzę więc do zdrowia w domowym zaciszu, jest juz lepiej, choć ciągle nie za dobrze. Ale po raz pierwszy zasiadam do blogowania. Już się niektóre z was dopominają. Chwała wam za to, że stawiacie mnie do pionu!Zapomnieć muszę na razie o jakimkolwiek wdzięczeniu się do aparatu, sięgam po zapasowe tematy, które moga obejść się bez udziału mojej skromnej osoby na zdjęciach.

Fiolet. Kolor przewodni mego bloga. Zerknęłam na kilka inspiracji wnętrz w internecie. Konkretnie dwa zdjęcia fioletowych sypialni. Przypomnialo mi to, że mam gdzieś w swoim archiwum swoje własne fioletowe akcenty. Bardziej lub mniej widoczne, ale zawsze obecne w mojej kolorystycznej gamie. Może dlatego, że dobrze kojarzą się z szarościami? Dodają tajemniczości? Kto wie...




Mój sypialniany żyrandol, zmienia swoją szatę w zależności od potrzeby...