niedziela, 1 grudnia 2013

Lęk. Część szósta.


Już macie pewnie dość mojej staruszki z ulicy Dobrego Wojaka Szwejka, ale obiecałam pewnym osobom, że doprowadzę tę trochę ponurą opowieść do końca. Tym, którzy nie lubią klimatu tego opowiadania, bardzo proszę o przejście do następnego, pogodniejszego posta (tutaj), albo póki co podryfowanie w innym kierunku blogosfery.

Poprzednia część "Lęku" tutaj.

A tutaj, część szósta, ostatnia:

Coraz bardziej męczył ją nierówny wyścig z czasem. Czuła się zaszczuta i opuszczała ją nadzieja. Stawką w tym maratonie było życie jej dziecka. Tożsame z jej własnym. Ataki stawały się częstsze. Bywało, że noce spędzali na urgence. Mąż trzymał ją za rękę, gdy odpływała ostatnia kropla nadziei z jej żył. Przestawała wtedy wierzyć w Boga, który zdawał się być tylko wytworem jej wyobraźni, wyuczoną regułką dziecinnych lat, plastikową figurką ze święconą wodą z Lourdes, jeszcze jednym złudzeniem.  Świat jawił się złowrogą wyjałowioną glebą, a ludzie... Ludzie? Spotykała ich na codzień w swoich pracach. Paśli nalane brzuchy, pili szampana, jeździli cztery razy do roku do Egiptu. Szastali pieniędzmi, podczas gdy jej dziecko umierało na jej oczach z powodu ich braku. Klęła z rozpaczy. Klęła z bezsilności. Gdy wydawało się, że modlitwy nie sięgają nieba. Odmieniała słowo „kurewski” przez wszystkie przypadki. Nad ranem, wraz z oddechem dziecka wracała Dobra Nowina. Patrzyli oboje złączeni w trwożnym uscisku na błękitne żyłki napełniające się kolorem życia. Śmiejąc się przez łzy przepraszała Boga za bluźnierstwa, kurczowo chwytając się nowej szansy, targując się o jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden oddech.
- Daj nam trochę czasu – prosiła. Brała w naprędce prysznic, zgarniała włosy w kucyk, łyk kawy w przelocie i biegła z ochotą do pracy, mimo, ze dłonie miała zżarte od chemii.


Nowe tygodnie nie przyniosły poprawy stosunków z egocentryczną właścicielką kamienicy przy ul. Dobrego Wojaka Szwejka. Przez krótkie chwile Alicja karmiła się złudzeniami. Szybko jednak zrozumiała, że nie może liczyć na współczucie starej. Prawdopodobnie jej empatia wypaliła się wraz z ostatnim dymem obozowego krematorium. Nie miała bliskich. To było jasne.

Nadszedł wrzesień.  Opadłe liście tworzyły grube dywany, słońce stawało się bardziej obce, a ptaki szykowały się do dalekiej podróży. Ale nie tylko w przyrodzie czuło się dziwne podniecenie. Dom na ulicy Dobrego Wojaka Szwejka 80 też drżał emocjami. Na stole w salonie pojawiły sie tajemnicze różowe koperty. Jak egzotyczne ptaki przysiadały na rogu stołowej serwety, niemalże każdego tygodnia. Bezbarwne, pergaminowe lico staruszki napełniło się ciepłem, oczy świeciły blaskiem, a usta były mniej zacisnięte niż zwykle. Z niecierpliwością małej dziewczynki wypatrującej pierwszej gwiazdki, stała przy oknie czekając na listonosza, który stał się od niedawna stałym gościem tego domu. Coraz częściej prowadziła niekończące się rozmowy przez telefon w nieznanym języku podobnym do  portugalskiego, ale bardziej miękkim i melodyjnym. 



Tego jesiennego dnia, gdy dziewczyna ledwie stała na nogach po nieprzespanej nocy, staruszka wyglądała szczególnie promiennie gdy otwierała jej drzwi. Miała starannie ułożone wlosy i delikatny makijaż. Po raz pierwszy Alicja widziała ją umalowaną. Ten prosty zabieg ujął kobiecie dobrych parę lat. Wydawała się nawet ładną.  Ubrana była odświętnie.
Ustrojony kwiatami salon nabrał łagodności. Na stole stał siedmioramienny świecznik, a w kominku płonął ogień. W wielkiej srebrnej paterze pyszniły się owoce granatów i dyni.
- Czy to jakaś szczególna okazja? Może pani urodziny? - zapytała dziewczyna.
Można tak powiedzieć – wyszeptała wzruszona staruszka – Symbolicznie narodziłam się na nowo. Odnalazłam rodzinę, a właściwie to oni zdążyli odnaleźć mnie przed śmiercią. Nie wszyscy zginęli. To są już ich dzieci.  – tyle wypowiedzianych słów jednym ciągiem. To musiało być coś wielkiego – pomyślała z podziwem dziewczyna. Tylko tyle mogła wykrzesać ze swego zmęczonego umysłu. Jej myśli krążyły gdzie indziej. I tak jak kiedyś staruszkę nie obchodziły jej opowieści, tak ją niewiele teraz obeszły zwierzenia kobiety, która trajkotała jak katarynka, a jej policzki różowiły się wzruszeniem:

- Nie mogę się nagadać! Nie mogę nadrobić straconych wspólnych chwil, jestem zachłanna wszystkiego co ich dotyczy! Nie mogę się już doczekać kiedy ich zobaczę...


Za oknem było całkiem ciemno, gdy Alicja odstawiała narzędzia pracy do schowka. Jesienne dni były krótkie, noc ją wyganiała i przyganiała. Rozprostowała zmęczone kości, rozmasowała dłonią kark, gdy zobaczyła uroczyście schodząca po schodach staruszkę. W podniosłym nastroju niosła przed sobą trzy pudła. Gry planszowe? Alicja rozpoznała chińczyka i domino. Postawiła je na wytartej ceracie kuchennego stołu.
Dzisiaj jest Nowy Rok - Rosz ha-Szana –powiedziała - Dziwne, że właśnie w ten dzień przyszło mi się rozliczyć ze swego życia – szepneła w zadumie.
Właściwie dawno już powinnam to zrobić.  Moja ocena samej siebie nie wypada najlepiej – skrzywiła się – Nie stanęłam na wysokości zadania...
Nie mogła opanować drżenia pomarszczonych ust, z których wypływaly słowa. Opuszczały z ulgą gardło i rozpełzały się po pustym domu krótkimi, urywanymi zdaniami.
Moja mała siostrzyczka.... Była za mała do pracy... Podzieliła los innych dzieci. Nie potrafiłam ani pójść za nią, ani jej uratować... Nie zrobiłam jednego kroku... Bardzo się bałam... Mogłam wybrać... Tak robiły inne kobiety, inne matki... Oni śmiejąc się na to pozwalali... Mówili, że i tak wszyscy skończymy tak samo, wcześniej czy później...
Esterka rozdzierająco krzyczała gdy nas rozdzielali... Słyszę ją każdej nocy jak woła... Widzę, jak wyciąga do mnie rączki... Nie miała jeszcze ośmiu lat... Słowa ginęły w dźwięku bębniącego o szyby deszczu, który litościwie je zagłuszał.

Stały na przeciw siebie w ciemnej obskurnej kuchni. 



Alicja zamieniona, zaczarowana w słup soli. Wbrew sobie. Ze zdrętwiałym karkiem pokrytym gęsią skórką. Patrzyła z odrazą na małą, szczupłą, nieszczęśliwą staruszkę. Nie chciała być jej konfesjonałem. Ani słuchać tych wojennych okropieństw. Była zajęta swoją własną wojną o życie swego dziecka. A do tej tu kobiety miała dużo żalu.
- Zamierzam zmienić moje życie w nowym roku, dziś... wykorzystać szansę jaką jeszcze raz dostałam... – usłyszała przez swoje gorzkie myśli i bębniący deszcz.
Ale Alicja myślała o utraconej szansie swego dziecka. I tylko o tym.
... To mój heszbon ha-nefesz... mój rachunek sumienia... – szepnęła kobieta.
... Wyjeżdżam... Przyjmij te pamiątki i pilnuj jak oka w głowie. To rzadkie egzemplarze – tak, to też już kiedyś słyszała.  Na początku pracy w tym przeklętym domu.– Przyniosą ci szczęście... Możesz je drogo sprzedać.
Alicja z politowaniem wygięła usta, ale żadne słowo nie przeszło jej przez gardło.
Były takie chwile, gdy nie mogła zrozumieć swego zachowania. Jak teraz. Powinna wyjść. Zamknąć drzwi za sobą i zapomnieć. Wrócić do swego dziecka, bo kto wie ile zostało im wspólnego czasu. Z tą myślą zaczęła się oswajać nie wiadomo kiedy... A właściwie wiadomo – po ostatnim ataku małej. A jednak stoi. Słucha wynurzeń obrzydliwie bogatej i skąpej staruszki, która nie zrobiła jednego gestu by pomóc im w ich beznadziejnym położeniu. W zamian obdarowuje ją starymi pudłami chińczyka, a ona stoi jak słup soli i nie potrafi jej odmówić.
Mała, śmieszna, żałosna staruszka. I ona, nie mniej żałosna w swojej niemocy.
Wyszła z głęboką pustką w sercu trzymając w garści zwitek banknotów z miesięcznym wyprzedzeniem w rekompensacie za utraconą pracę i trzy nadgryzione zębem czasu stare, prostokątne pudła. Drzwi głucho zatrzasnęły się za nią, jak kolejny rozdział życia. Nie było sensu oglądać się za siebie. Przygnębiona, noga za nogą wlokła się na przystanek autobusowy. Po powrocie cisnęła pudła w kąt pokoju i niebawem usnęła znużona trzymając w ramionach swoje ulotne szczęście – swoją małą córeczkę.

Ranek przywitał je intensywnym słońcem. Prawdopodobnie jedna z ostatnich tak słonecznych sobót tego roku. Weekendy lubili szczególnie, ba! Kto ich nie lubi! - i celebrowali je z wielką starannością, by nie uronić ani minuty. Takie małe, wielkie cotygodniowe święta. Tego dnia zazwyczaj mąż wracał troche wczesniej z budowy – ostatnimi czasy praktycznie nie widywał za dnia swoich kobiet. 



Alicja otrząsnęła się  z przykrego wspomnienia wczorajszych wydarzeń. Nauczyła się nie tracić energii na rozpamiętywanie tego co nie ma wpływu na teraźniejszość, ani tym bardziej na przyszłość.  Przygotowując w kuchni sobotni obiad, od czasu do czasu zerkała na córeczkę bawiącą się w pokoju.
- W końcu nie mogę od ludzi oczekiwać więcej niż dać chcą – myślała doprawiając do smaku gotujący się rosół na kawałku cielęciny, którego słodki zapach roznosił się po niewielkim mieszkaniu.
Kuku, kuku – gruchała do siebie mała dziewczynka tworząc pulchnymi rączkami skomplikowane miasta z klocków na szachownicy parkietu – wytwory swojej dziecięcej wyobraźni. Niezmącone chwile zwykłej szczęśliwości – uśmiechnęła się pod nosem matka dziecka.
Po pewnym czasie Alicję zaniepokoił brak odgłosów z pokoju. Zazwyczaj w przypadku dzieci nie wróży to nic dobrego, a w przypadku jej córeczki – szczególnie.
Po cichutku wyjrzała z kuchni: dziewczynka w wielkim skupieniu rozkładała na podłodze kolorowe bileciki  jeden obok drugiego – szeleszczące pięciuset eurówki...
Drewniana chochla wysunęła się z bezwładnych palców, uderzając głucho o podłogę. Krople rosołu rozprysły się po kuchennej ścianie. Krew odpłynęła z żył. Mała na dźwięk upadającej łyżki uniosła główkę i usmiechnęla się promiennie, a w jej okrągłych policzkach pojawiły się dwa urocze dołki.
Mama, mama! – zamachała cennym papierkiem jak chorągiewką. Alicja dopadła podłogi i gorączkowo przegarniała stosy banknotów, podnosiła do oczu, obwąchiwała jak pies.
- Skąd to masz? – wyharczała. Błękit w oczach dziecka pociemniał gwałtownie, usta złożyły się w podkówkę do płaczu. Przestraszona dziewczynka wskazała kąt pokoju, gdzie walały się zapomniane prezenty od babki - dziwaczki. Alicja schwyciła gorączkowo dziecko w ramiona, które zaniosło się głośnym płaczem.
- Ciii, Już dobrze... – zaczęła opsypywać jej szyję pocałunkami – poczekasz grzecznie u cioci Gosi, mamusia musi szybciutko skoczyć do sklepu. Zapomniałam czegoś...
Biegła ile sił w nogach. Biegła ile tlenu w płucach. Biegła jakby miała nie zdążyć. Potrącała przechodniów, roztrącała parasole. Gonił ją dźwięk hamujących kół i przekleństwa pod jej adresem. Serce łomotało, a ona biegła nie przymierzając jak Forrest Gump. Na ulicu Dobrego Wojaka Szwejka czas się przytrzymał. Własnie leniwie przejechała śmieciara. Pozostał po niej słodki smród odpadów i walające się resztki kartonów i puszek, które nie załapały się na wywózkę. Alicja przypomniała sobie, że to był pierwszy zapach jaki poczuła w nozdrzach, kiedy pewnego dnia, wiele lat temu postawiła po raz pierwszy nogę na brukselskim bruku. Na Ulicy Dobrego Wojaka Szwejka jak zawsze siąpił deszcz i nie było żywego ducha. Pod numerem 80 panowała cisza. Nie pomogło kołatanie do drzwi. Nikt się nie pojawił. Ze ściany zniknęła złota tabliczka z imieniem, jak znak odzyskanej na nowo tożsamości. Pozostała po niej ciemniejsza, prostokątna plama. Na wysokości okna przytwierdzono wielką, ciężką tablicę: „For Sale”...
THE END









16 komentarzy:

  1. pierwsze zdjęcie takie tajemnicze;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Rozyczko, jestem bardzo ciekawa twojej wersji, od samego poczatku! Musisz mi powiedziec! plissssss

      Usuń
    2. „Bała się odkąd sięgała pamięcią…. Nie miała przyjaciół z obawy, że ją opuszczą. Ubrań tylko tyle by związać je w mały węzełek gdy zajdzie potrzeba i by nie żałować kolorowych sukienek. Żadnego kota, psa, ani rodziny. I Bogu dzięki. Nie tęskniła za nikim i za nikogo nie była odpowiedzialna. Nikomu nic winna…. Najbardziej bała się nocy. Z przerażeniem małego dziecka wyczekiwała ranka, a później podrzemywała w fotelu szykując się do kolejnego starcia z królem ciemności – nocnym koszmarem.”

      Takie zdania wypowiadają kobiety, które doznały przemocy ze strony swoich mężów. Przypuszczałam, że jej trauma jest tym spowodowana. W sumie aż tak dużo się nie pomyliłam, bo jej ukrywanie się w cieniu życia też było spowodowane przemocą, tylko na większą skalę.

      Usuń
  3. Zaskakujący finał, choć tak naprawdę bardzo ludzki. Stara kobieta odzyskała ludzkie uczucia i chciała naprawic swą oschłość. Zrobiła to subtelnie, bez epatowania obdarowanej, by jej nie upokorzyć po raz wtóry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chcialoby sie powiedziec: samo zycie......... milego dnia:)

      Usuń
  4. Nie zawsze podobne historie kończą się pozytywnie:)))Bardzo mi się podobało:))Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Wzruszająca opowieść...
    Pięknie piszesz, czytałam z zapartym tchem!
    Dziękuję za chwile z Twoją wyobraźnią!

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobre;zwłaszcza słowa o nadrobieniu utraconego czasu i zaniedbanych chwil...warto pamiętać o tym i korzystać z takiej możliwości;warto się czasem zastanowić nad sobą i nad tym co robimy...bo czyż relacje z bliskimi nie są najważniejsze?

    OdpowiedzUsuń
  7. Nigdy nie jest za późno aby być szczęśliwym! Fajnie Aguś piszesz , lektura wciąga, myśl nad książką.....Buziaki.Basia

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie próbowałam nawet zgadywać zakończenia, czytałam z wielką przyjemnością i czekałam na kolejne kawałeczki. Szkoda, że życie nie zawsze pisze takie optymistyczne zakończenia.

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo lubię czytać Twoje skrawki Lęku. :) Zdjęcia cudowne.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pięknie, po prostu pięknie Agnieszko!
    Pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękne ale smutnawe , proszę coś bardziej radosnego napisać :) Buziaki :*
    Kropka

    OdpowiedzUsuń
  12. Przeczytam z zapartym tchem. Teraz muszę pomilczeć...

    OdpowiedzUsuń
  13. Wygladalam dalszego ciągu z ogromnym zaciekawieniem , ale i z szacunkiem dla autorki za tak wstrzasajacy temat.
    Pieknie, obrazowo i subtelnie napisany tekst, wstrzasa ludzkim sumieniem, zmusza do myslenia i ulozenia w kolejnosci tego, co w zyciu jest rzeczywiscie wazne. Jestem pod duzym wrazeniem, dziekuje!

    OdpowiedzUsuń