piątek, 5 lipca 2013

Mała smutna królewna. Część 2

Kochani na weekend znikam z blogosfery. ~Wszelkie zaległości (komentarze i wizyty) nadrobię w niedzielę wieczorem lub w poniedziałek. Przede wszystkim napisze wam o pierwszym blogerskim mini spotkaniu w Bxl z uroczą Kasią. Tymczasem zapraszam was na drugą część historii królewny Klementyny.
Sciskam i dobranoc!



cd.
Cóż, bajki o księżniczkach nie zawsze dobrze się kończą w realnym życiu, a życie księżniczek nie jest usłane różami. W związku z powyższym szczęście Klementyny nie mogło długo trwać. Musiała pożegnać się ze swoją ostoją jaką była dla niej Stephanie.  

Księżniczki nie rodzą się dla swojej przyjemności. One nie rodzą się nawet dla przyjemności swoich rodziców. One przychodzą na świat w ściśle określonym celu. Mają być kartą przetargową, która zapewni królestwu najkorzystniejszy politycznie mariaż. Wkrótce o Stefanię upomniał się ten polityczny świat. 

Gdy osiągnęła odpowiedni do reprodukcji wiek, podobnie jak jej siostra Louise musiała porzucić swój panieński stan. Wkrótce przekonać się miała, że trudne lata spędzone w rodzinnym zamku były rajem w porównaniu z tym co miało czekać ją przy boku męża, Rudolfa w Wiedniu. Jej małżonek i jego matka zrobili wszystko by obrzydzić jej życie i upokorzyć. Ale to oddzielna opowieść. W wieku dziewięciu lat „la fillette”, Clementine została rozdzielona z siostrą. Od tej pory łączyła je tylko gorąca, serdeczna korespondencja i bardzo rzadkie spotkania.



Jakby tego było mało, przeżyła dramat pożaru zamku, w którym straciła życie jej ukochana niania. Te wszystkie okoliczności hartowały charakter dziewczynki.

Po matce odziedziczyła miłość do koni i głęboką wiarę chrześcijańską, po ojcu zaś inteligencję, upór i przebiegłość oraz ... bardzo przeciętną urodę. Nie okazywała swego silnego charakteru, udając uległą i posłuszną. Aby przeżyć w bezdusznym, zimnym zamku, przeszła przyśpieszony kurs dyplomacji.

Król, coraz częściej zaczynał doceniać swoją najmłodzą córkę. Wydawała mu się najbardziej sensowną kobietą w jego najbliższej rodzinie. Małżeństwa jego starszych córek skończyły się kompletnym fiaskiem, a nawet ogromnym skandalem na miarę Europy. Clementine zaś coraz częściej reprezentowała królową w oficjalnych uroczystościach, w końcu całkowicie ją zastępując przy boku swego ojca. Dał jej z czasem nieograniczoną swobodę.  Nie wiedział kiedy przywiązał się do niej tak mocno, że nie wyobrażał już sobie bez niej życia. Do tego stopnia, ż ... zabronił jej zamążpójścia. 
Na początku, gdy Clementine była jeszcze dzieckiem, obojgu było to na rękę. Aż pewnego dnia na zamku pojawił się nieznajomy...

Kim był ten piekny młodzieniec do którego mocno zabiło serce siedemnastoletniej Clementine? To książę Victor – Napoleon. Tak, tak, z tych Napoleonów. Mieszkał w skromnym jak na księcia domu przy Avenue Louise nr 253. Z powodów politycznych przebywał na wygnaniu w pobliskiej Belgii.



Coup de coeur, nagły poryw serca i nadzieja na wyrwanie się z murów zamku w Leaken.

Jednak król Leopold II kategorycznie nie zgodził się na ślub swojej najmłodszej córki, która kochała z wzajemnością. Ani wtedy, ani nigdy! Kochankowie byli sobie wierni...dwadzieścia lat! 

Smierć Leopolda II dała nadzieję na to by mogli być razem. Do dziś postawa króla i jego bezduszność wobec swojej najmłodzej córki nie znajduje zrozumienia. Tym bardziej, że sam żył wówczas w konkubinacie z młodszą o kilkadziesiąt lat wykształconą, młodziutką prostytutką i aktorką.

Następca Leopolda II, Albert dał „młodym” zielone światło. Clementine miała wówczas trzydzieści osiem lat, a jej mąż Viktor był od niej starszy.

Mała, smutna królewna z belgijskiego zamku w Laeken ze starej panny przemieniła się w spełnioną, najszczęśliwszą na świecie kobietę. W dodatku żonę następcy francuskiego imperium. Szczęśliwie urodziła dwójkę dzieci, a o swoim mężu pisała, że:

 „jest jej szczęściem, mądry, zabawny, kochający, czuły, a noce z nim są ekscytujące”.

Była jedyną z córek Leopolda II, o ktorej opowieść można zakończyć słowami:”żyli długo i szczęśliwie”

Happy End :)



29 komentarzy:

  1. Najpiękniejsze historie pisze życie. Podziwiam cierpliwość małej królewny i okrucieństwo tatusia. Rozmarzyłam się...

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że takim szczęśliwym finałem opuściłaś nas na weekend! Wracaj szybko!

    OdpowiedzUsuń
  3. oo a ja czekałam na tą historię ;)
    OO tro ostatnie zdjęcia-mega ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawy i ekscytujący sposób przechodzenia po pasach:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Agnieszko, miłego wypoczywania i relaksowania w czasie weekendu.
    Miałam nadzieję, że historia napisze szczęśliwe zakończenie.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wielu ciekawych rzeczy dowiaduję się na Twoim blogu Agnieszko.
    Pozdrawiam pięknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stokrotko, a ile ciekawych ja dowiaduje sie na twoim! buziaki!

      Usuń
  7. Fajnie napisane, dlatego super się czytało.Poproszę o więcej :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. w końcu historia z dobrym zakończeniem! w sam raz na rozpoczęcie weekendu :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale ładne zakończenie! Też bym tak chciała...
    A co oni tam wyprawiają na tym przejściu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czynia je bardziej ekscytujacym! Moze tez tak zaczniemy fikac na przejsciu? :) Pozdrawiam!

      Usuń
  10. I jednak szczęśliwe zakończenie - jak w baśni. Bardzo się cieszę z tego powodu.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez lubie szczesliwe zakonczenia, chociaz w zyciu roznie bywa! Pozdrawiam:)

      Usuń
  11. Ja też ostatnio mniej czasu spędzam w necie. Słońce rozleniwia mnie i chyba trochę osłabia moje siły. Wieczorem chętniej siedzę na tarasie z rodziną i popijam herbatkę.
    Aga, lubię Twoje opowiadania, umiesz ciekawie pisac....wiesz, jak czytam Twoje posty to czuję się jak analfabeta i szczerze bez zazdrości i ironii ubolewam, że moje pióro nie jest takie lekkie:-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też ostatnio zaniedbuje bloga, wreszcie pojawiło się słońce. Przestań Ela z taką samokrytyką! Zawsze siebie ocenia się surowiej i więcej od siebie wymaga, no chyba, że jest się bezkrytycznym wobec siebie. Moim zdaniem potrafisz bardzo fajnie pisać!

      Usuń
  12. och jak lubię takie zakończenia. ...tylko proszę nie rób fikołków na przejściu...buziaki na dobranoc :) Basia

    OdpowiedzUsuń
  13. ...Agnieszko dobre;ale co najgorsze-na swój sposób podobnie historie nadal pisze życie we współczesnym świecie;czasy się zmieniają-okrucieństwo ludzkie-nie.:-(.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czasami to nawet królewna nie trzeba być by tego doświadczyć...):

      Usuń
  14. och jak dobrze, że smutna królewna przestała być smutna i wszystko dobrze się skończyło. uffff jak dobrze ze nie jestem królewną ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Nieoczekiwanie wspaniałe zakończenie!

    OdpowiedzUsuń
  16. choc raz sie dobrze skonczylo :) ale ile lat musiel czekac, podziwiam ich! :)

    OdpowiedzUsuń