środa, 10 kwietnia 2013

Jechali...



Moja Bruksela to także ludzie losy, opowieści o ludziach. Oto znów jedna z nich.

Jechali, jechali, jechali. Ona z głową na jego ramieniu wypłakiwała resztki snu. On z mocnym postanowieniem, że odmienią wspólnie ich los. Nie mieli nic, a właściwie mieli. Całą masę długów, które wygoniły ich do Brukseli. A tu każdy, kto pojechał, wracał bohaterem. Wracał do miejsca zapomnianego przez Boga i centralne władze. Tam, skąd pochodzili, tylko ryb było pod dostatkiem. Dzieci pozostały pod dobrą opieką. Najlepszą z możliwych. Powtarzał to jak czarodziejskie zaklęcia gładząc ją niezdarnie po głowie nie nauczony dawać czułości. Ręka w rękę, serce w serce budowali znojną przyszłość z dala od tych co najbardziej ich kochali. Ona pilnowała obce dzieci, które z czasem zaczęły mówić na nią mama, dokładnie wtedy, gdy własne przestały ją nawet poznawać. On podjął robotę na budowie u Greka. Przez okrągly rok , nawet deszczową, łagodną zimą naprawiał dachy. Za niższą od przeciętnej stawkę, bez zabezpieczenia - i ... ubezpieczenia. Ona drżała o jego życie czekając każdego wieczoru z obiadem. Żal, tęsknotę i smutek wynagradzały okupione ciężką pracą szeleszczące zielone banknoty. Rozkładając je od czasu do czasu wieczorem na stole, cieszyli się jak dzieci. W tym właśnie okresie byli najprawdopodobniej najbliższymi sobie ludźmi. Powiększająca się co tydzień kupka przybliżała ich i jednoczyła w drodze do celu.  Ona przestała prać na okrągło swoje dwie bluzki z najtańszego discountu, on przestał skręcać machorkę i zaczął wychodzić z chłopakami na piwo. Widmo komornika zostało zażegnane.



„Teraz wreszcie pożyjemy" - odsapnął mężczyzna i swoimi zdrewniałymi od pracy dłońmi coraz częściej zaczynał przytulać swoją żonę budząc w niej dawno uśpione uczucia. Ona dawno zapomniała jak to jest śnić. Zapracowała swoją kobiecość na śmierć, a jedyne sny jakie miewała to te, że już nigdy nie zobaczy swoich dziewczynek. Budziła się zlana potem i później długo nie mogła usnąć nad ranem. Wsłuchiwała się w chrapliwy oddech swego męża i próbowała uspokoić czas, który spłoszony kapał bezlitośnie ciężkimi minutami przybliżając świt.
Co dwa tygodnie pchali ciężką paczkę w kraciastej torbie do jednego z przewoźników. Nie żałowali swoim dzieciom niczego. To wszystko, czego sami nie mieli i jeszcze więcej. Choć dziewczynki były jeszcze takie małe. Zbyt małe by to wszystko docenić. I by pamiętać lata rozłąki. Przynajmniej oni tak się łudzili i wracali do domu ze spokojniejszym sercem. Dzwonili często i rozmawiali przez błogosławionego skype, bo właśnie dorobili się pierwszego laptopa. Głównie rozmawiali z babcią, bo dziewczynki były małe...
Później on surfował po internecie, a ona odmawiała różaniec. Później on smarował ją maścią od stawów i myślał z dumą, że mimo ciężkiej pracy i trudnego życia, pozostała piękną kobietą. Kochali się w naprętce bez gry wstępnej, bo zegarek odmierzał bezlitośnie czas, a za oknem dniało. I tak minęła kolejna wiosna, lato, jesień.



Wiadomość przyszła nagle. Młodsza z córeczek przestała mówić. Dziecko z tęsknoty wyrywało włoski z głowy zadając sobie tępy ból.  Na małej blond główce powstał mały, łysy placek.
Pakowała się w poczuciu winy połykając łzy. Pakowała się w poczuciu krzywdy, bo on znów był daleki. Mówił, że to fanaberie, i że w dupach im sie przewraca, bo wszystko mają. A ona pamiętała, że są bardzo małe...
„Patronka”, czyli pracodawczyni popadła w histerię. Mówiła o sobie w trzeciej osobie: „ Jak ty to sobie wyobrażasz?! Jak madame zostanie sama z dziećmi? Madame musi chodzić do pracy! Dlaczego to jej robisz?! Dzieci cię polubiły, będą miały traumę! Kogo Madame tak szybko znajdzie i gdzie?!”.  Zawsze potulna, dzis miała ochotę napluć „madame” w twarz. Ale tylko milczała. Matka pracodawczyni schwyciła ją ukradkiem za ramię w kuchennym przejściu. Popatrzyła jej w oczy i powiedziała: „ Jedź! Twoje dzieci są najważniejsze. Są małe tylko raz. Może zdążysz jeszcze je kochać.” Wcisnęła kobiecie zwitek banknotów do kieszeni. Jakby wiedziała, że za ostatni miesiąc nikt jej nie zapłaci. Nie dochodziła swoich praw. Była na czarno.
On się boczył, gdy wsiadała do autobusu. Urażony odwrócił głowę, gdy chciała mu posłać ostatnie spojrzenie.  I znów jechała, jechała, jechała... Autobus kolebał się na zakrętach. Słuchała rozmów dookoła, śmiechów i śpiewów. A łzy kapały, kapały, kapały...



Wróciła w porę. Dziewczynki ciągle były małe... Tuliła je i nie miała juz łez by płakać. Później chodziła z nimi do piaskownicy i do miasta na lody. Nie miała pracy, ale ręce pełnie roboty. Szyła, uprawiała ogródek. Kochała. Nie śniła juz wcale. Serce jej stwardniało. 
On dzwonił coraz rzadziej. Coraz rzadziej płyneły szeleszczące banknoty. Strzepała z siebie złudzenia jak okruchy chleba z fartucha. W końcu ustało wszystko... Ponoć się rozpił, ponoś znalazł sobie kogoś. Odetchnęła z ulgą. I nie szukała. Miała dla kogo żyć. Wspomnienia pogrzebała. Nie było czego wspominać. Teraz żyła naprawdę.

Ta historia wydarzyła się w realnym świecie...

P.S. Na zdjęciach: Marolles, jedna z najstarszych, robotniczych dzielnic Brukseli.

35 komentarzy:

  1. Piekne i smutne, jestes mistrzem ubierania w slowa wszystkiego!

    OdpowiedzUsuń
  2. piękna i wzruszająca bardzo opowieść ...
    czytana ze łzami w oczach

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety tak zdarza się często:moim bliskim też się to przydarzyło to smutne:Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  4. samo zycie, chcialoby sie powiedziec, ale dlaczego takie znojne musi byc... dziekuje wam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Wierzę, że ta historia się zdarzyła. Szczęście to wielkie, że matka się ocknęła i spróbowała naprawić ile można, bo dzieci będą ponosić tego konsekwencje pewnie przez całe życie.
    Pięknie napisane!

    OdpowiedzUsuń
  6. Obiecaj mi, że kiedy napiszesz książkę, ja dostanę ja od Ciebie z dedykacją, dobrze? Pieknie napisane, smutno napisane, choć koniec mi się podoba. Nie ma nic i nikogo ważniejszego od dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  7. Smutna historia i smutna puenta.....ze w zyciu nie mozna miec wsxystkiego a wybory sa zawsze trudne i ze pieniadze nie sa najwazniejsze w zyciu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko często ludzie zdają sobie z tego sprawę dopiero gdy jest już za póxno na ratowanie rodziny, niestety!

      Usuń
  8. Z pewnością ta historia się wydarzyła... Ta kobieta-matka zapłaciła olbrzymią cenę... dobrze, że zdążyła zrozumieć co jest w życiu najważniejsze.

    Serdeczności Agnieszko.
    P.S. Wspaniale ten tekst zilustrowałaś.

    OdpowiedzUsuń
  9. Powiem Ci, że jak tak sobie czytam opowiadane przez Ciebie historię to stwierdzam, że jesteś Leonem Wiśniewskim w spódnicy (i jest to komplement!). A i zdjęcia robią duże wrażenie! Książka w przyszłości???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, jaki komplement! dziekuję! Bardzo Wiśniewskiego lubię!

      Usuń
  10. Smutne bo tak jest w niejednej rodzinie. Nie wiadomo kogo winić, system czy ludzi za ich wybory...
    Jedyne co powiem , piszesz pięknie ;*
    Ty tęsknisz i ja też tęsknie ;*
    Buziaki ;*

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękna, smutna opowieść okraszona ładnymi zdjęciami. Niestety, nie wszystkie sny się spełniają.
    Pozdravki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Ty piszesz "Pozdravki", a ja czesto uzywam formy: " Pozdrówka" :) tak czy siak o zyczliwosc i dobra energie chodzi :) dzieki!

      Usuń
    2. Pozdravki, to zlepek z polskiego Pozdrawiam i chorwackiego Pozdrav. Bo Chorwacja to moja kochanka i nawet żona ją toleruje :)

      Usuń
    3. Ty to umiales sie urzadzic! zona zyjaca w przyjazni z kochanka, to skarb! :):)

      Usuń
  12. Jaka smutna historia. Mamidło powiedziało, że dużo takich teraz rodzin jest. U mnie w klasie też są takie rodziny, a u Mimy prawie połowa dziewczyn ma rodziców za granicą. mamidło powiedziało, że mamy się uczyć tak, jakbyśmy mieli opuścić Polskę, bo nie wiadomo co nas czeka - czasy są straszne i trzeba być gotowym na wyjazd. pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoje Mamidlo to bardzo mądre Mamidło! trzeba na wszystko być przygotowanym w dzisiejszych czasach, ściskam cieplutko!

      Usuń
  13. A customer come in and asks to buy the box from one of the lowest rows. Let's hope everything doesn't crash down.

    Greetings,
    Filip

    OdpowiedzUsuń
  14. Smutna historia , dobrze że przynajmiej matka wróciła....
    Dobranoc kochana.Basia

    OdpowiedzUsuń
  15. Smutne, jak prawdziwe życie. Tyle razy trzeba wybierać..

    OdpowiedzUsuń
  16. Rzadko się czyta takie szczęśliwe historie. Bo ta jest wbrew pozorom szczęśliwa. Jednostronnie udało się zapobiec błędów. Kochane córeczki mogą być na odległość tylko przez określony czas. Im dłużej, tym gorzej. Wiem, że często sytuacja zmusza ludzi do emigracji za chlebem i rozłąki z najbliższymi. Ciekawa jest ta przemiana, kiedy człowiek najpierw myśli, że pojedzie na dwa, trzy miesiące - później na pół roku, dwa - po pięciu nie ma się ochoty wracać. I dobrze, jak najbliższą rodziną ma się całą przy sobie. Nawet jeśli przychodzi wspólnie cierpieć niewygody na wynajmowanym mieszkaniu, niepewność jutra, to jest to lepsze, niż zostawienie bliskich w dalekim kraju. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i im lepiej się człowiekowi powodzi, tym mniej ma ochotę wracać - nawet do najbliższych. Tu się udało. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z powodow, o ktorych piszesz ja wyladowalam z rodzina w Belgii, mimo, ze w Polsce tez mialam fajna robote ( w miedzynarodowej firmie). Jednak, widzialam, ze maz bardzo zle znosi te rozstania tak jak mowisz/ poczatkowo na chwile, miesiac, dwa, trzy... a pozniej coraz dluzej. U mnie podjecie decyzji trwalo chwile - na szczescie mielismy jasno okreslone priorytety w zyciu -czym wprawilam w oslupienie pracodawce, znajomych, rodzicow. Po prostu poinformowalam przez telefon wszystkich w Polsce, ze juz nie wracam. Tzn wrocilismy pozniej zabrac rzeczy, sprzedac mieszkanie i oddac papuge w dobre rece. Niektorzy nie rozumieli jak mozna takie decyzje zyciowe podejmowac w jednej chwili, ale my bylismy przekonani o slusznosci decyzji i nigdy jej nie zalowalismy. Pierwszy rok byl traumatyczny dla naszego dziecka, ze wzgledu na zerowa znajomosc francuskiego ( a mial wowczas 10 lat). z perspektywy czasu, bilans zyskow i strat moralnych wychodzi jednak na plus, zachowalismy to co wiele naszych emigracyjnych znajomych po drodze pogubilo, bo w pore nie zachowali czujnosci. Odsetek rodzin dysfunkcyjnych, rozwodow na naszym terenie jest porazajacy.
      ale chcialam jeszcze o czyms innym: ubiegles mnie z wizyta! dzisiaj z rana mysle sobie: wreszcie weekend, zafunduje sobie wieczor przy dobrej herbatce i zajrze do moich najbardziej ulubionych ( i zaniedbanych przeze mnie) blogow. co tam u nich slychac. Byles w grupie osob, o ktorych pomyslalam :) ale zajrze do ciebie na dluzej dopiero wieczorem, bo jeszcze jestem w pracy i glupio tak troche blogowac zamiast pracowac... :)

      Usuń
    2. Przepraszam, że się tu wpisuję, ale przypomniałam sobie, że mi kiedyś podawałaś jakąś datę. Czy jest ona aktualna???
      Pytam z czysto egoistycznych powodów - chciałabym się z Tobą często spotykać w okolicach parku Łazienkowskiego przy rzeźbie i przy ulicy Grottgera /i w towarzystwie Joasi oczywiście/.
      U nas ma być piękny weekend wreszcie!!!!

      Usuń
  17. Aguś, piękna historia. Tak, piękna. Nie oceniając Połówki, bardzo często mężczyzna stacza się zostając sam... nie potrafi sam udźwignąć życia, bez względu na to czy żyje w związku z miłości czy rozsądku... wpajane przez lata priorytety- zaspokojenia finansowego rodziny kończą sie po powrocie do domu... chcą mieć dzieci ( bo wypada, bo trzeba, by ród miał ciągłość, by było się "czym" pochwalić ) żonę ( bo jak to samemu żyć, bo kto się nim zajmie, wpierze, kto obiad ugotuje) Obserwując małżeństwa, związki znajomych w różnych etapach, przed po, w trakcie u kresu itp, wspólnym mianownikiem jest dziwna niezdarność męskiego świata w zderzeniu z rzeczywistością.... w 90% to kobieta trzyma rodzinę, dwoi troi się by ułożyć poukładać świat....nawet w domach z pozoru czysto Patryjarchalnych...by i tak dostać niejednokrotnie w dupe w konsekwencji. Ale do tego doprowadzamy same! Wychowując córki na silne, mądre matki żony, które mają sobie poradzić ze wszystkim w życiu, dorosłym życiu! A chłopcom? Chłopcowm podstawia się pod nos jedzenie, cieszy się że smakowało, prasujemy, pierzemy itd itp....
    A czego Jan sie nie nauczył itd....
    Cieszę się że mam to szczęście iż udało mi sie ciut "wychować" Połowicę,bo materiał twardy ale plastyczny okazał się z czasem, łatwy w obróbce, dobrze przygotowany przez mamę, jest z tych najlepszym ojców jakich znam! Lepszym w codziennych sprawunkach niż ja... ja umiem naprawić kran, pomalować pokój czy położyć panele, on świetnie gotuje.... Ale nie zagwarantuję nam rajskiego żywota w sytuacji opisanej przez Ciebie! Nie wiem co by sie stało. Mam nadzieję iż bilans histori podobnie jak Twojej wyszedł na plus! Ja zrobiłabym tak samo!!!!

    POzdrawiam Anka

    OdpowiedzUsuń
  18. Piękna historia ale jaka smutna, uroki życia na obczyźnie...dzieci jednak są najważniejsze, szkoda, że mąż tej kobiety tego nie zrozumiał...pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
  19. Agus, dalej nadrabiam zaleglosci u Ciebie czekajac na swoja kolej w przychodni... Pieknie napisane, lzy musialam w sobie zdlawic... Buziaki! Martyna

    OdpowiedzUsuń
  20. Pięknie piszesz, smutno tylko że prawdziwie...
    Ponieważ pochodzimy z tych samych stron pewnie obie znamy takich i podobnych historii wiele, najpierw wyjazd na chwilę, potem miesiąc dwa trzy, a potem już czas liczony w latach a potem już nikt nie pamieta po co i kiedy tam się pojawił liczy się tylko kasa..., tylko żeby nie było nie ma nic złego zarabianiu pieniędzy, dobrze jest jednak gdy wartości te najważniejsze życiowe wartości zostają na swoim miejscu, bo nie można nikomu zabronić zarabiania pięniedzy

    odpowiadam na twoje ostatnie pytanie - 95
    pozdrawiam
    J

    OdpowiedzUsuń
  21. Witaj!
    Cudowny blog. Przeczytałam wiele Twoich postów. Wpadłam tylko na chwilkę.
    Zostałam na dłużej...Fantastyczne są twoje posty.
    Ten jest wzruszający. Takich historii w realnym świecie jest wiele.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  22. Wow... Piękna i wzruszająca historia cudownie opisana:) Jestem pod wrażeniem jak zawsze zresztą:) Masz dar:)

    OdpowiedzUsuń
  23. Pisz.... a ja będę Cię podziwiała w myślach.

    OdpowiedzUsuń