środa, 20 marca 2013

Marolles. Rue des Minimes. (1)





Rue des Minimes! Jak ja lubię tę nie szeroką, ale długą uliczkę na początku biegnącą niemal równolegle do Rue de la Régence,ale dużo zaciszniej, z dala od tramwajowego zgiełku i depczącego we wszystkich kierunkach tłumu! Rue des Minimes to dla mnie taka uliczka „klucz”. Tutaj którędy bym nie poszła, mając za plecami bryłę pałacu sprawiedliwości – zwiedzę Marolles wzdłuż i wszerz, docierając w końcu do punktu wyjścia na Place Sablon.  Hmm, właściwie to należałoby spenetrować prostokąt ulic pomiędzy Rue des Minimes i Rue Haute, placem Sablon  i kościołem Notre Dame de Chapelle. Przestrzeń ta zawiera wszystko, co dla tej dzielnicy charakterystyczne. Sama nazwa ulicy jest stosunkowo młoda ( XVIIw.) Pochodzi od nazwy braciszków zakonnych, którzy mieli tu swój zakon. Fenomenem tego miejsca jest fakt, że zadomowiło się tutaj wiele galerii z afrykańska sztuką. Jest to jeden z najwiekszych ośrodków sztuki afrykańskiej w świecie.

4girls.pl
Afrykańska kultura na stałe wpisała się w belgijski krajobraz. Patrząc na historyczne powiązania Belgii z jej koloniami wydaje się to naturalne. Na ulicach moje oczy cieszą barwne stroje afrykańskich kobiet, nie razi mnie nawet nadmiar biżuterii. To kobiety świadome swojej kobiecości i seksualności. Młode, czy stare, z wielkimi jak kosze pupami, czy nieziemsko smukłe i posągowo piękne – wszystkie przyciągają wzrok. Na brukselskich ulicach, zdominowanych przez uniseksualne, szare, oszczędne w formie ubrania Belgijek – Afrykanki wyglądają jak dostojne pawie z rozłożonym kolorowymi ogonami. I tak też się zachowują. Dostojnie, powoli smakują życie. Po co się śpieszyć! Jutro też jest dzień. Każdy, kto zetknął się z Afrykańczykami, wie, że ich rytm życia wyznacza inny czas od naszego. Myślę, że nam trochę współczują...
Kiedyś naszymi sąsiadami była pewna kongijska rodzina. Okno mojej kuchni wychodziło na ich taras i ogród. Pozwoliło mi to mimochodem przyglądać się ich życiu. Życie moich sąsiadów biegło spokojnym, wyznaczonym przez naturę rytmem. Z nastaniem wiosny, sąsiadka potrafiła spędzać nieruchomo długie ciepłe popołudnia w ogrodzie wyciągnięta leniwie na skórzanej kanapie wystawionej z salonu. Odwracała brązową buzię do słońca, gładząc swoje splecione w cienkie warkoczyki włosy. Później wracał z pracy jej mąż, siadał na brzegu kanapy i dalej bez pośpiechu gładził żonę po głowie. Dla przykładu - mój mąż wracał jak każdy zapracowany tubylec o zmierzchu, a ja w tym czasie zdążyłam ugotować obiad, posprzątać kuchnię i poprasować. A tych dwoje zaczynało dopiero rozkładać się z garnkami... w ogrodzie – jeśli ku temu sprzyjała aura. Gdy zaczynało padać, sąsiedzi przenosili się do domu, a kanapa zostawała na dworze, aż do... wyschnięcia. A że aura w Belgii jest kapryśna bywało, że stała tak długie tygodnie...
Któregoś dnia, na ugorze za domem ( zanim powstał tam ogród) sąsiad z synem zasadzili drzewo. Od tej pory ulubionym ich zajęciem było słuchanie jak ono rośnie. Sąsiad po przyjściu z biura, rzucał teczkę na bok na ziemię i będąc jeszcze w garniturze siadał w kucki przy roślinie i podparty dwiema rękami tkwił tak dobrą godzinę lub dłużej. Naprawdę nie wiem jak on to robił, bo mi w takiej pozycji łydki drętwieją już po kwadransie.
Jak myślicie, kto z nas ma więcej wrzodów na żołądku? My czy oni?...

Ale wracam na Rue Minimes. Jako, że Bruksela jest chaotyczna i nieprzywidywalna, już na poczatku mój wzrok przykuwa barwna komiksowa ściana jaskrawie odróżniająca się od sąsiednich kamienic w tym miejscu. To: „Passe-moi l`ciel”, fresk scienny Stefa Flatera, znanego twórcy komiksów. „Passe-moi l`ciel” jest rysunkową parodią życia po śmierci. Głównym bohaterem dowcipów jest święty Piotr i jego druh Nestor (symbolizujący śmierć). Wszystko w formie żartobliwej, trochę niegrzeczne, czasami lekko pikantne... Taka jest cała Bruksela. Niby stara, niby ułożona, a co i raz puszcza oko do turysty burząc tradycyjny układ budowli, ulic, placów zaskakującym, kolorowym, zabawnym akcentem. Bo Belgowie mają swoje specyficzne poczucie humoru. 




27 komentarzy:

  1. Czy ja wiem ?
    A co by zrobili gdyby zachorowali ?
    Umarliby spokojonie,czy chcieliby żeby ich ratować ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oni maja bardzo rozwiniete poczucie przynaleznosci do grupy, rodziny sa rozbudowane I wielopokoleniowe. Wiem, ze w niektorych spolecznosciach jest zwyczaj, gdy rodzina przyjezdza do ciebie w gosci, kazdy ma prawo zabrac z domu co mu sie podoba ( telewizor tez?), ty tez masz takie prawo, kiedy jedziesz do nich… maja wielkie poczucie odpowiedzialnosci za innych. Jak radosc – wszyscy sie zjezdzaja, jak bieda – to tez! Nie mowie, ze sie nie kloca miedzy soba! Wszystko co ludzkie jest ich udzialem, a wiec jak I w naszych rodzinach: zazdrosci, klotnie itp. Ale wszyscy solidarnie pomagaja sobie nawzajem. Podam na przykladzie, ktory bardzo dobrze znam, bo przez kilka lat moja bezposrednia szefowa byla dziewczyna z jednego z afrykanskich krajow ( bylej francuskiej kolonii). Ona nieustannie wysylala drobne datki (10, 20 euro) jako swoj udzial w przygotowaniach weselnych ( prezent) dla dalekich kuzynow, ktorych nawet nie znala! Ale taki zwyczaj w rodzinie, ze kazdy musi cos dac. Kiedy ona bedzie wychodzic za maz – tez beda sie skladac dla niej, rowniez dalecy krewni, ktorych nie zna.
      Dla mnie zdumiewajacym byl fakt, ze biora oni odpowiedzialnosc nawet za przyrodnie swoje rodziny. W jej przypadku ojciec rozwiedziony byl z jej matka I mial juz trecia zone – w wieku swojej corki, a mojej kolezanki. Papa byl grubo po siedemdziesiatce, a mloda zona z upodobaniem rodzila mu kolejne dzieci. Wobec tego cala rodzina: byle zony, ciotki, wujkowie z roznych stron Europy zjechali sie na rodzinna narade do Paryza I zadecydowali, ze trzecia zone trzeba poddac jakiejs trwalej antykoncepcji, bo stary ojciec nie wychowa piatki dzieci I to wlasnie na reszte rodziny ( w tym byle zony) spadnie ten moralny obowiazek…
      osobiscie oszalalabym gdybym tak zyla!!!!
      Najwiecej na temat afrykanskiej mentalnosci wie Judith (blog: la vie est belle i ja tez!) bo ona byla u zrodel! Zreszta wspanialy blog I osoba, polecam!
      pozdrowka :)

      Usuń
    2. Trzeba podtrzymywać więzi rodzinne, ale tak jak oni,to raczej nie chciałabym :O Tak jak Piszesz, oszalałabym na 100%. Ale zazdroszczę im tego spokoju i luzu:)

      Usuń
  2. Oni maja czas, a mu zegarki...
    Trzeba urodzic sie Afrykanczykiem, aby tak zyc...
    Oni dziwia sie nam, a my zachodzimy w glowe, ze mozna wlasnie tak...
    I dobrze, ze tyle kultur na swiecie...
    W naszej misyjnej wspolnocie jest 12 siostr z 6 roznych krajow... to dopiero jest bogactwo i... karuzela /smiech/
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń
  3. No, kochana, wrzodów to więcej mamy my. Co kraj to obyczaj, włąściwie to oni reprezentują inny kraj nie Belgie i przeniszą swoje zwyczaje. Ja też bym oszalała tak żyjąc ale pewnie te kobiety oszalałyby żyjąc tak jak my. W ludziach Afryki podobają mi się kolory, luz i humor, tańczą, śpiewaja a resztę maja gdzieś i ten przepych, tak jak piszesz, dumnie jak pawie. A my, szare myszki. Bardzo ciekawie napisałaś o zwyczajach sąsiadów...pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
  4. Szczerze zazdroszczę afrykańczykom takiego podejścia do sprawy....

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie by się bardzo przydał taki afrykański spokój ducha, bo żołądek mam owrzodziały tak w jednej trzeciej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja to chętnie bym żyła po Afrykańsku:))))bardzo nie lubię tego pośpiechu i takiego parcia na posiadanie wszystkiego:)))no i oczywiście lubię biżuterię:)))Zawsze u Ciebie coś ciekawego można się dowiedzieć:)))Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  7. Przyjemnie zanurzyć się u Ciebie w tym "egzotycznym" świecie, który Ty masz na wyciągnięcie ręki! A wiesz, że ja bym tak mogła na tej kanapie? Moi rodzice mówią, że ja zawsze mam czas. Mam flegmatyczne usposobienie, pogodziłam się z tym, co zrobić? Jak mówił mój kolega, Michał z Dębicy: "buta nie zjesz" :-) ! Rodzice wspominają czasy, gdy w dzieciństwie byłam odpowiedzialna za zmienianie kotu kuwety - codziennie przed szkołą zmieniając kotu piasek czytałam gazety zanim włożyłam je do kuwety. Potem biegłam do szkoły - na łeb, na szyję... Kolejny przykład: autobus, którym jeździłam do centrum miasta w czasach licealnych objeżdżał nasze osiedle dookoła - tak, że mogłam go zobaczyć, kiedy jeszcze myłam zęby, ubierałam kurtkę, itp. Często była panika, gdy zauważałam jego zarys na horyzoncie, miałam 5 minut żeby ubrać się i dobiec na przystanek. Mimo to, sytuacja powtarzała się niemal codziennie. "No tak... Martyna ma czas" - mówił mój tata. Lucy wspomina tupot moich stóp na schodach, kiedy pędziłam na przystanek... I niewypitą herbatę, którą zawsze zostawiałam. To ja! Dzień dobry! :-) // Miałam napisać parę pokrzepiających słów w sprawie Twojej pracy, ale nie chcę na forum - a wizja napisania maila jawi mi się niczym napisanie pracy magisterskiej - chcę jak najlepiej, dlatego to odkładam... W każdym razie chcę Ci powiedzieć to, co mówi mi Lucy za każdym razem, gdy mam wielkie wątpliwości dotyczące moich wyborów życiowych - każda praca ma to do siebie, że będąc obowiązkiem - przestaje nas już tak bawić, a czynności które wpisywały się w nasze wcześniejsze hobby zaczynają nas nudzić, mierzić... Ja potrzebuję stymulacji, od dwóch lat jej nie mam, dlatego myślę o tym, aby od września zacząć szkołę wizażu. Ale też nie chcę się o tym tutaj rozpisywać. Szykują nam się dni pełne biegania, zostało zaledwie kilka dni do przeprowadzki, jeśli nie teraz, to może w Święta uda mi się napisać dłuższy list - mail. Dziękuję za cudowne wsparcie! A lody chyba są ok! :-) Ja uzależniłam się od kawy! Ściskam Cię najserdeczniej :* :* Martyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martyna, ja też zostawiam niedopitą herbatę i pędzę na łep na szyję... Dobrze mawiał twój kolega: "Buta nie zjesz..." ściskam!

      Usuń
    2. Do usłyszenia w takim razie :-) Napisz mi mailowo kiedy planujesz zadzwonić, zarezerwuję sobie czas dla Ciebie :-) Dobranoc :* M.

      Usuń
  8. Z wielka chęcią pozwiedzałabym te afrykańskie galerie i dzielnicę. Klimaty mi bliskie.
    Może kiedyś namówisz parę Afrykanek na zapozowanie do zdjęć?
    Możliwe, że przynajmniej Afrykanki po części współczują nam, Europejkom. Żonę jednego pewnego znajomego Kameruńczyka ktos zapytał, jak się godzi z faktem, ze ma on dwie czy trzy inne zony (w Kamerunie, legalnie czy nie, powszechne jest wielożeństwo). Jej odpowiedź - ona nie rozumie, jak my sie mozemy pogodzić ze swoim losem. Otóż tam kobiety dzielą obowiazki, jedna zona zajmuje się dzieciakami (swoimi i innych zon), druga coś tam ogarnia w domu, trzecia odpoczywa. I tak na zmianę. A my musimy robic wszystko same i to często na dwa etaty ;) Oczywiście mamy (a przynajmniej powinnysmy mieć) partnerów, ktorzy pomagają), mężczyźni tam generalnie "kręca się" i z tego żyją ;) a domem sie nie zajmują (mówię o społecznosciach wiejskich na prowincji), ale tak naprawdę kobieta w naszej kulturze często dźwiga na barkach spory ciezar sama.
    Afrykańska mentalnosć ma też drugą stronę, nie chce o niej tutaj pisać, ale w każdym razie moge powiedziec, że najwięcej jej szkodzi, gdy za wiele próbuja uzyskać i skopiować z "dobrodziejstw" kultury zachodniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a wiesz, że myślałam o tobie pisząc ten tekst, bo pamiętałam, że klimaty afrykańskie sa bliskie twemu sercu:)

      Usuń
  9. Ja zawsze byłam rozbiegana i nerwowa i tę cechę odziedziczył po mnie mój syn, dlatego przydałby mi się taki "afrykański tydzień" dla odpoczynku, kiedy mogłabym patrzec jak drzewo rośnie:P
    Aga, masz zdolnośc niezwykłą a mianowicie dostrzeganie szczegółów i pisanie o nich z ogromną lekkością. zrób coś z tym....wydaj...kupię i postawię na półkę na honorowym miejscu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ela, trzymam za slowo :) ze na polce na honorowym miejscu :):)
      swoja droga tez jestem za bardzo rozbiegana w zyciu , taki niespokojny duch, zyskalam przydomek dany mi przez szwagra: windy woman - kobieta wiatr! )
      mam nadzieje, ze zwichnieta nozka juz sie ma dobrze - widzisz za szybko w tym opolu biegalas! :)

      Usuń
  10. Jest lepiej, ale dwa razy się wywaliłam w tym Opolu i mój mąż skwitował to jednym zdaniem....laskę sobie kup kobieto:P A to wina chodników, są nierówne i dziurawe. W tej kwestii wygrywa moja mała mieścinka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ela, pociesze cie, ze ja na prostej drodze sie wywalam, te moje slynne upatki i roztargnienie sa czesto komentowane w mojej rodzinie :)uciekam pracowac!

      Usuń
  11. Like the lady and the mural.

    Greetings,
    Filip

    OdpowiedzUsuń
  12. Chyba wezmę przykład z Twoich czarnoskórych sąsiadów. Od pewnego czasu coraz dłużej przypatruję się storczykom na moim oknie i rozmawiam z nimi .... A jak jestem na działce /jak juz nie ma śniegu oczywiście/ to rozmawiam z brzozą i przyglądam się jak rośnie. Będę to musiała wprowadzić w zycie na stałe.
    Czas, kiedy ciągle się śpieszyłam mam już na szczęście za sobą....
    Serdeczności Agnieszko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, do tego trzeba dorosnąć, prawda Stokrotko? pozdrawiam!

      Usuń
  13. Tak sobie myślę, że każdemu z nas od czasu do czasu przydałaby się taka kanapa...
    Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  14. hm... Grunt, to nie dać sie zwariować. A my chyba daliśmy się zwariować przez tę naszą cywilizację: szybko, więcej, wydajniej.... hm...
    A może warto zatrzymać się i dostrzec, co właściwie w tym życiu ma sens?
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
  15. Świetne zdjęcia. Bardzo fajny blog. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Zdjecia przepiekne!!!!A jaka zajmująca treść!!!!Pozdrowionka zostawiam.Krystyna

    OdpowiedzUsuń
  17. no nie mogę, tak wspaniale to wszystko opisujesz, że człowiek czuje, jak by się znajdował właśnie dokładnie w tym miejscu plus do tego zdjęcia ....... i już nie trzeba jechać do belgii, wystarczy poczytać bloga Laviolette i już jakbyś był w Brukseli ;) i tak tam w końcu dojedziemy, a twojego bloga potraktujemy za najlepszy przewodnik. oooooo!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń