niedziela, 27 stycznia 2013

Rue de la Régence - Rue Coppens.





Rue de la Régence opada szeroką, równą wstęgą od Pałacu Sprawiedliwości w kierunku Pałacu Krolewskiego i dalej. Pobliska Avenue Louise to serce światowej mody i snobizmu, zaś Rue de la Régence («Regentschapsstraat» po flamandzku)  jest ucztą dla duszy i pokarmem dla ciała.



Choć nie mamy za wiele, to i tak jesteśmy zdobywcami świata!  Z  wysokości swego skromnego gniazdka dotykamy gwiazd,  chłonąc wszystkimi zmysłami otaczajacą nas wyjątkową atmosferę pobliskiego Place de Sablon. Bo tu mieszkamy co niezmiennie wprawia mnie w zachwyt i zdumienie. Codziennie w podskokach pokonuję skrzypiące, wijące się aż na samo poddasze wąskie schody -  escalier en colimaçon. Nasze gniazdko odpowiada trzeciemu, może czwartemu piętru, choć ze wzgledu na wysokość stropów to zaledwie drugie. Przedwojenne kamienice są strzeliste. Nie ma windy, ani domofonu, więc za każdym razem, gdy usłyszę dzwonek muszę wychylić się daleko, daleko z kuchennego okna by zobaczyć, kto stoi pod drzwiami. Jesli to „swój”, zrzucam mu klucz włożony do małego bawełnianego woreczka. Jesli to obcy, znów niemalże frunę stromymi schodami w dół, trzymając sie kurczowo wyslizganej poręczy by naprawdę nie odfrunąć na zakrętach. I tak kilka razy dziennie.



W kamienicy są zaledwie dwa mieszkania. Każde z nich nazwałabym raczej: „studio” lub „flat”, czyli takie wszystko w jednym.
Pod nami mieszka pan Nikt. Jest przeźroczysty i niezauważalny. Na dźwięk kroków na schodach wycofuje się pośpiesznie do swego mieszkanka. Nieufnie odpowiada na „dzień dobry”, bo tylko na tyle w tym czasie możemy się z nim porozumieć po francusku. Coś z nim jest nie tak, ale dalecy jesteśmy od zawracania sobie tym głowy. Po jakimś czasie flat pustoszeje. Od właściciela kamienicy dowiadujemy się, że był to chory na AIDS młody homoseksualista.  Z każdej litery układającej się we francuskie słowo SIDA ( odpowiednik AIDS) wyziera i szczerzy zęby lęk wynikający z niewiedzy. Jest to jeszcze długo przed śmiercią Freddy Mercury`ego...



Życie toczy sie dalej. Do mieszkania pod nami wprowadza się nowa lokatorka. Panna: Regardez-moi comme je suis belle! Ta dla odmiany nie daje zapomnieć nam o swoim istnieniu. Przeszkadza jej wszystko, nawet to, że oddychamy. Na szczęście mieszkanie nie spełnia jej oczekiwań. Jak przystało na funkcjonariusza Komisji Europejskiej  ma dość duże wymagania lokalowe. Wyprowadza się, a my zostajemy zupełnie sami w całej kamienicy.
Żyć, nie umierać!



Uwiliśmy nasze małe gniazdko, szalenie drogie, w jednym z najbardziej magicznych miejsc w Brukseli. Gdzie króluje sztuka, artyzm i arystokratyczne klimaty. Jeden pokój, mała kuchnia z... prysznicem po środku. Przez wielkie puste okno dosłownie księżyc wchodzi do środka, uliczne lampy są zbyt niskie by do nas zajrzeć. Nie potrzebujesz firanek. Masz pewność, że nikt cię nie podgląda, bo przed tobą tylko ceglane fragmenty ścian i kolorowe dachy baszt i kościelnych wież. Centralne ogrzewanie w mieszkaniu zastepuje malownicza, żelazna koza na wygietych misternie nóżkach. To buchająca ciepłem i smrodem oleju dusza salonu i sypialni w jednym. Ze słońcem i gołębiami jesteśmy za pan brat. To pierwsze łaskocząc nas w powieki każdego ranka, wymiata spod nich jak miotłą resztki snu. Gołębie to najbardziej bezczelne i najbardziej miejskie ptaszydła świata. Przysiadają na szerokim parapecie i wyjadaja nam bezceremonialnie okruchy chleba z zakamarków dłoni. Na parterze naszego domu znajduje się sklep dekoratorski, tkaniny, poduchy, chwosty ozdobne. Od przepychu aż kapie, klientela do której my na pewno się nie zaliczamy. Moja noga nawet nigdy nie śmiała przekroczyć progu tej świątyni piekna. Ale codziennie rano patrzę i podziwiam za darmo zmieniajace się cyklicznie dekoracje w witrynie sklepu.

Komunikacja jest tu doskonała. Niedaleko domu linia tramwajowa i wiele autobusów. Wszystko jasne i nieskomplikowane. Pojedziesz jeden przystanek w lewo – witasz stację metra przy Avenue Louise, kilka przystanków w prawo – metro Parc niedaleko instytucji królewskich. A metrem, to juz wszędzie blisko! Na przeciw mego domu synagoga i Konserwatorium Krolewskie. W dzień dochodzą dźwięki skrzypiec, kontrabasów i innych niezliczonych instrumentów, których nie znam. Odbywające się co roku Konkursy Królowej Elizabeth przyciągają rzesze uczestników i miłośników muzyki poważnej. Pod synagogą raz w tygodniu tłum wiernych. To Żydzi przyszli na nabożeństwo. Świątyni strzegą wówczas uzbrojeni po zęby komandosi. Dyskretnie, ledwo zauważalnie, wtopieni w małe, sąsiednie uliczki.. Ja dostrzegam ich obecność bez trudu, bo jeden z żołnierzy stoi zazwyczaj przy drzwiach do mego domu. Wymijam go delikatnie próbując dostać się do swego królestwa. Wyglada groźnie, ale zdradza go miły i łobuzerski uśmiech, a w oczach zaczepne, radosne ogniki gdy mówi mi „bonjour”. Wygląda na niewiele starszego ode mnie. 

Raz w tygodniu po modłach w świątyni sklada nam wizytę polski Żyd Samuel Melek*, lekarz z grodu Przenajświętszej Panienki. Mówi śmiesznie po polsku, całuje rączki drogiej gospodyni czyli mnie, wypija trzy filiżanki herbaty, chwaląc moją porcelanę kupioną okazyjnie na pchlim targu i zarządza badanie. Na nic nasze protesty. Samuel unosi sękaty palec w góre, mróży wesołe oczęta i mówi, a broda mu przy tym śmiesznie podskakuje: „ O nie, szanowna pani, paluszki takie zimne, może niedokrwistość jaka, albo anemia. Zdrowie to podstawa!”. Na odchodnym wypija jeszcze jedną filiżanke herbaty: „ bo jakaś dobra taka”, karmi nas jedną z wielu ciekawych opowiastek ze swego dzieciństwa i młodości spędzonego w Polsce. Na koniec ...inkasuje za konsultację medyczną, tak po znajomości „ calkiem niedrogo” i kłaniając sie w pas kapeluszem, pozdrawiając mamusię, drogich dziadków, Najświętszą Panienkę i całą Polskę odpływa w kierunku schodów zapowiadając się za tydzień.
Nie mam serca mu odmówić, choć jawnie nas naciąga. Ale robi to z takim wdziękiem...

W tygodniu, wymijam gromady turystów na mojej codziennej trasie. Ciągnę siaty z zakupami, bo w pobliżu nie ma żadnego supermarketu. To jedyna niedogodność, a jeść przecież coś trzeba! Liczne antykwariaty i galerie nie zaspokoją podstawowych potrzeb człowieka, a mały, szalenie drogi nocny sklepik za rogiem jest jedynie kołem ratunkowym gdy trzeba skoczyć po sól, która zawsze kończy się w nieodpowiednim momencie. Albo ugościć niespodziewanych gości różanym winem.




Przyzwyczaiłam się, że mieszkając w takim miejscu nieustannie mam przed nosem pstrykających zdjęcia ludzi ze wszystkich chyba stron świata. Za to gdy przychodzi weekend lub długimi letnimi wieczorami w środku tygodnia, sama zamieniam się w turystkę. Wtapiam się w bezimienny, leniwy ludzki potok, odwiedzam galerie i muzea, zakradam się od Domu Aukcyjnego-lubię tę adrenalinę towarzyszącą zakupom dzieł sztuki, ostatni grosz wydaję na czekoladowe ciastko w cukierni Wittamer, słynacej z tego, że obsługuje wszystkie „słodkie „ imprezy na królewskim dworze lub kupuję porcelanową filiżankę „z duszą” w sklepie z porcelaną ...na kilogramy! W średniowiecznych, chłodnych nawach Notre Dame de Sablon, kościoła zbudowanego przez cech łuczników – szukam odpowiedzi na moje prawdziwe lub wyimaginowane problemy. Czasem po prostu jestem...

Tak było dwadzieścia lat temu...
cdn
* z przyczyn oczywistych ( być może ktoś nie życzy sobie być opisywany) - zmieniłam imiona i nazwiska opisywanych osób.

44 komentarze:

  1. Fascynująca opowieść. Przeczytałam jednym tchem i rozmarzyłam się. Ach, jakie piękne wspomnienia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak pieknie piszesz! Jestem caly czas sercem z Toba na tej ulicy i nie chce wyjsc z tego klimatu! Sciskam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie opisane, aż chce się tam być!
    ps. Śnieg uwielbiaaaam! :) takie zimowe dni są genialne :)

    OdpowiedzUsuń
  4. jej cudowna opowieść! chcę jeszczę :)
    jak tylko zrobi się cieplej pójdę na wycieczkę Twoimi śladami i może i ciastko kupię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak będzie cieplej i dni staną się dłuższe, możemy nawet razem zjeść sobie to ciatko i wypic wspólnie kawę. Co to byłoby za spotkanie!

      Usuń
    2. bardzo chętnie odkryję z Tobą Brukselę!
      będzie mi bardzo miło :)

      Usuń
  5. Nawet swojego własnego lekarza macie :-)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Nawet własnego swojego lekarza macie :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ostatnimi czasy udało mi się namówić kolegę na wydanie tomiku wierszy, a Ciebie będę cały czas dopingować do tego, byś wydała swoje "opowieści"... Freddie Mercury - mój Anioł <3
    Buziaki!
    shoppanna

    OdpowiedzUsuń
  8. Czarodziejskie miejsce i zaczarowani ludzie. Cieszę się, że udaje Ci się dostrzegać to wszystko co choć na widoku jest niezauważalne dla wielu przechodzących i rozglądających się dokoła osób. Już polubiłem Brukselę! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :)To teraz tylko opracować trasę, kompas w rękę czy nawigację i... do Brukseli! Doświadczenie masz. Nie wiem ile od ciebie, ale ode mnie z Podlasia to tylko...1500 km! :)

      Usuń
  9. Great shots, they would all be perfect for this is belgium !
    have a great day
    anni

    OdpowiedzUsuń
  10. ...zaczytałam się...tak jakbym Cię słuchała siedząc obok Ciebie z kubkiem gorącej herbaty :-))

    OdpowiedzUsuń
  11. mrrr
    z takim rozmarzeniem "słuchałam" tej historii...
    Pięknie napisane!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jaka urocza opowieść... jakbym czytała Colette :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Angua, aż się zarumieniłam, tym bardziej, że wiem, że walisz to co myślisz... :)

      Usuń
  13. Piszesz tak, ze czuje sie kazde Twoje slowo gleboko w duszy. Dzieki temu zaczynam poznawac Belgie, chyba powinnas zostac pilotem wycieczek albo pisac powiesci.
    Do tej pory myslalam, ze miesxkasz poza miastem, te zdjecia z lawenda....
    Czy ja czegos nie zrozumialam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elu, słusznie myslałaś, że mieszkamy za miastem. Napisze o tym w drugiej części. Tam na końcu, może ci umknęło, jest takie zdanie co wszystko tłumaczy:
      "Tak było dwadzieścia lat temu..." ale wspomnień czar pozostał i z wielką przyjemnością tam wracam, a wiesz, że nawet wolałabym wycieczki oprowadzać lub pisać, niz w biurze plackiem siedzieć, gdybym tylko z tego mogła wyżyć... Ale tak czy owak, bardzo, bardzo mnie inspirujecie i jesli kiedykolwiek w moim zyciu zmienie cos , by być bliżej tych rzeczy, które ostatnio lubie robic, to pamietajcie, wielka w tym wasza zasługa!

      Usuń
    2. Aga, zauwazylam to ostatmie zdanie....,"bylo to dwadziescia lat temu" i wlasnie to zdanie wprowadzilo zamieszanie w mojej glowie,bo z tego co pisalas to pojechalas do Brukseli z 10 letnim Kuba do meza i zostalas. A wczesniej probowaliscie zyc w Polsce, wiec myslalam, ze Bruksela zaczela sie jakies 10 lat temu.
      A co do zmiany Twoich planow zawodowych to jak juz zostsniesz slawna pisarka nie zapomnij o mnie w blasku slawy:D
      Milego dzionka:-*

      Usuń
    3. Ale z ciebie wnikliwa czytelniczka! Ale to tylko dobrze o tobie swiadczy, ze nie "odfajkowujesz" postow, ale je z uwaga czytasz. wszystko sie zgadza, tak jak piszesz przyjechalam do Belgii, gdy Kuba mial 10 lat, czyli dziesiec lat temu. Ale to bylo moje... drugie "podejscie" do tematu. Pierwszy raz ujrzelismy Belgie jakies 20 lat temu. Jako studenci, wzielismy urlop dziekanski na rok, pod jakims waznym pretekstem, juz nawet nie pamietam co wymyslilismy, i pojechalismy do Belgii. Wtedy jeszcze wyjezdzalo sie na wizy, a my nie bylismy jeszcze nawet malzenstwem. to bylo bardzo ciekawe, "pionierskie" doswiadczenie. Moje wspomnienia w tym poscie pochodza z tego wlasnie okresu.
      No, Ela! a niech tam: "slawna pisarka" na pewno nie zapomni o swoich blogowych kolezankach :):)

      Usuń
  14. Kamienica tylko dla Was!
    Ale z dobrymi sasiadami takze nie jest zle, nieprawdaz?
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń
  15. Woow ! Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy...:-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Widzę że polubiłaś swoje miejsce na ziemi i to jest bardzo ważne:))pięknie o tym piszesz z wielką przyjemnością tu zaglądam:)))Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  17. Very beautiful post!


    Many kisses,

    Nicole

    www.nicoleta.me

    OdpowiedzUsuń
  18. Cudownie się mi czytało te wspomnienia ;) jak człowiek czasem spojrzy za siebie to dopiero wówczas dochodzi do wniosku , "kurczę! ale ja już życiu przeżyłem " ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie wiadomo co najpierw, oglądać, czy czytać...Piękna opowieść:)

    OdpowiedzUsuń
  20. ale pięknie opisujesz Brukselę, poza tym zdjęcia już pokazują, że to malownicze miejsce, w którym można się zakochać i zostawić tam serce... :-)

    OdpowiedzUsuń
  21. Coś pięknego! Ach...tchu mi zabrakło z zazdrości, że słowa tak Cię kochają:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dżoena, ale poetycko to ujęłaś, sama mogłabys pisać, bo jak widzę - ciebie słowa też lubią ;)dziękuję!

      Usuń
  22. Ach, jak pięknie to opisałaś. Rozmarzyłam się... Oj, rozmarzyłam się.
    W Brukseli byłam tylko raz wiele lat temu i to zaledwie kilka godzin.

    OdpowiedzUsuń
  23. Bardzo ciekawa historia. To fascynujące !. Lubie czytać takie historie.

    Pozdrawiam.
    DAK.

    OdpowiedzUsuń
  24. No cóż, wniosek jest taki, że sąsiadów idealnych nie ma.
    Chociaż chyba lepiej mieć tych cichych, niż tych upierdliwych :)
    Ale ślicznie tam! W ogóle fajnie zostało to opisane:)

    OdpowiedzUsuń

  25. "Choć nie mamy za wiele to i tak jesteśmy zdobywcami świata" - pięknie :)
    Ja tak myślę gdy zdobędę jakiś szczyt w górach : rożne klimaty, miejsca i obrazy ale jedno nas łączy :pasja poznawania i radość z życia. Tak Trzymaj Kochana !!!! Basia

    OdpowiedzUsuń
  26. Wsiąkłam czytając ..hah:)Fascynujące miejsce w którym mieszkasz Aguś, niezwykle pięknie o nim piszesz, aż chciałoby się tam byc i tymi schodami wejsc i zapukac do Twoich drzwi ....oo jestem, stoję i czekam aż mnie powitasz i uściskasz, a Ja Ciebie ....ale się rozmarzyłam :*Buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak sugestywnie opisałaś nasze spotkanie! byłabyś tą, dla której zrzuciłabym z okna bez wahania bawełniany woreczek z kluczem do naszego królestwa :) ściskam Beti!

      Usuń
    2. Ja Ciebie też mooocno Aguś :*

      Usuń
  27. Piszę z wielkim kamieniem na sercu...czy ty mnie rozpoznasz?! Byłaś dla mnie wielkim wsparciem w moich początkach jako szafiarka, dziwnym trafem zgubiłam cię z oczu, a tak nie miało być. Miła, taktowna, gustowna, inteligentna i taka życzliwa, taką cię właśnie mam w pamięci i taką cię tutaj odnalazłam. Tylko taka głupia blondi jak ja może nie wpaść na pomysł, by poszukać na twoim profilu szafiarskim linka z blogiem ;p ale na szczęście dziś mnie olśniło i jestem :) może i już mnie nie rozpoznasz, ale ja ci podziękuję, bo wiele miłych słów usłyszałam od ciebie niegdyś na szafach i twój styl wpłynął nieco na moją osobę :)

    Pozdrawiam cię gorąco i jeśli masz blade pojęcie kim jestem, odezwij się, ucieszę się co nie miara :D

    opolskaszafa.blogspot.com
    - znana tobie może jako Heartache ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heartache ! czytam, czytam i własnym oczom nie wierzę! a to niespodzianka i tyle ciepłych słów, aż czuję się zażenowana! Jasne, że cie pamiętam, mam pojęcie i to wcale nie "mgliste", już biegnę cię odwiedzić!

      Usuń
  28. Szczerze, to wątpiłam, że mnie pamiętasz...a tu jednak :D !!! Tak się cieszę, że...nie wiem jak to wyrazić ;) nie czuj się zażenowana, bo to prawda! Wspaniała z ciebie osóbka! Dzięki temu postowi też wiele nowego mogłam się dowiedzieć,a niektóre rzeczy o tobie przypomnieć ;)
    kochana jeśli znajdziesz czas, zapraszam do mnie i do rozmowy. Dlaczego w ogóle znikłaś z szafiarek???? Jak większość zresztą :(

    Buziaczki!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń