wtorek, 25 grudnia 2012

Dobrze, że jesteście!


Pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Nie zdążyłam wam złożyć nawet świątecznych życzeń - przed świętami. Robię więc to teraz. Tuż przed Wigilią byłam w podróży. Ze swego domu  - do swego domu. Nie miałam na nic czasu. Przyjechałam do siebie w ostatniej chwili. Mimo to Wigilia była u mnie. Planowana na dwadzieścia osób, zamknęła się liczbą szesnastu nakryć przy stole. Plus dodatkowy talerzyk dla strudzonego wędrowca. Ale wędrowiec się nie pojawił. Tak naprawdę to nie pojawił się jeszcze nigdy w dorobku mego życia. To znaczy pojawiał się wielokrotnie - ale nie w ten szczególny, wigilijny dzień. Zwierzęta, czworo psów, też nie przemówiło ludzkim głosem. Może to i lepiej, bo mogłyby nam strasznie " nawrzucać" za nasze ludzkie względem nich zaniedbania. Za to próbowaly się dotkliwie pogryźć, bo Ata ma cieczkę, Leon się do niej zaleca, Kajet jest zazdrosny, a Nuta jest stara i strasznie denerwuje ją ten psi harmider. Chce mieć święty spokój, a nie bandę ujadających gówniarzy! Wot, żiźń!

Żałuję, że nie mam czasu na pieczenie makowców i lepienie uszek, na cały świąteczny rytuał. Za pomocą kilku prostych zabiegów nadaję memu domowi świąteczną atmosferę. Ocieplam wizerunek. Mąż robi tradycyjny kompot z suszu, to jego specjalność. Jeszcze tylko owijam w szeleszczący papier kolorowe podarki i gotowe! W tym roku zaginęły mi po drodze trzy prezenty. Zawieruszyła się też Biblia, odświeżana głównie raz do roku, gdy trzeba przeczytać fragment Ewangelii o pańskim narodzeniu. Z pomocą przyszedł tablet i internet! Pod strzechy nadchodzi nowe. Mąż w atmosferze ogólnej powagi i wzruszenia odczytał ewangelię z ekranu podręcznego komputera. 


Ten dzień, jakże rózny dla każdego z nas. Dla jednych bolesne wspomnienie i kolęda " Dla nieobecnych..." Dla mnie to zapach świeżego drzewka, wymieszana z wonią niemowlęcia, woń oliwki i pudru. Mój prywatny Dar Narodzin. Osiemnaście lat temu tego dnia narodził się mój syn.


Boże Narodzenie to w mojej grze skojarzeń baśń Andersena o dziewczynce z zapałkami. Myslą biegnę do wszystkich smutnych nieszczęśliwych dzieci i do ludzi dobrej woli. Aniołów. Takich jak pani Anna Dymna:


http://www.mimowszystko.org/gclid=CNLOiMS0tLQCFUNa3godwmIAAQ


czy moja znajoma, cudowna, ciepła, potrafiąca poruszyć niebo i ziemię Joasia Łysiak:


http://www.heartsworldwide.org/


czy inna moja przyjaciółka Dorota, która bezimiennie, bez rozgłosu leczy za darmo chore dzieci z sąsiedniego, podupadłego ośrodka, piecze ciasta, zabiera je do domu, poświęca to co w dzisiejszych czasach bezcenne - a czego nie można kupić za pieniądze. Swój czas...

Dzieci, koty, poranione psy, wszystko co zyje, a co ma przetrącone ciało czy duszę... I nie czeka na oklaski.
Bez spektakularnych, sztucznie rozdmuchanych akcji każdego dnia malują czyjś szary świat barwami nadziei. 

A wam, kochani, którzy czytacie mnie już tak długo lub calkiem niedawno, życzę wspaniałych świąt. Wszelkiej obfitości. Bo świat nie jest biedny, ani skąpy. To naszym duszom czasem brak odwagi by pobiec innym na pomoc. Wszytkim nam życze w nadchodzącym roku brawury w sięganiu gwiazd. Spełnienia marzeń. Tych wielkich i tych całkiem malutkich. 

I dziękuję, że swoją obecnością na własnych blogach poszerzacie moje horyzonty na świat, bawicie, uczycie, śmieszycie, pocieszacie... Czynicie bogatszym moje życie.

DZIĘKUJĘ, ŻE JESTEŚCIE... DZIEKI WAM JA JESTEM TUTAJ.





A Tunia śpi i śni...




Mąż i jego kompot, a wokół świąteczny bałagan...



Prawdopodobnie najpiękniejsza wieś na Podlasiu...



a on mi zakwitł... i belgijska zima za oknem.




Psy pomagaja przy świątecznych przygotowaniach.



Moje proste zabiegi wprowadzające świąteczny nastrój...













Moje zimowe podwórko... kocham ten swój kawałek polskiej przestrzeni...





środa, 19 grudnia 2012

Nominacja 7 moich grzechów głównych.



Bardzo dawno temu, ale jeszcze w tym roku ;) dostałam nominację od Nikki,uroczej, ciepłej, stylowej polskiej dziewczyny z Wysp:

http://nikkisworldrobe.blogspot.com

Kochana Nikki, wiem, że bardzo dawno mnie nominowałaś. Ale chciałam przeczekać falę nominacji przetaczającą się po blogach i złapać odrobinę oddechu! To chyba odpowienia pora by ci podziękować, bardzo, bardzo! i opowiedzieć siedem rzeczy o sobie. Pomyślałam, że przyznam wam się publicznie do kilku wstydliwych słabości. Jako, że wiecie już chyba wszystko o moich upodobaniach, nadszedł czas, by pokazać się z tej drugiej, mniej pięknej strony. Mam nadzieję, że ta szczerość nie zaważy na moich stosunkach z czytelnikami J


1. Wstyd mi, ale w sklepie gdy się rozmyślę, zostawiam rzeczy w różnych niewłaściwych miejscach, zamiast          odnieść je na miejsce.
2. Uwielbiam spiewać i katuję rodzinę moim śpiewem najczęściej podczas wspólnej jazdy samochodem ( przynajmniej mam pewność, że nie wysiądą w trakcie...)
3. Podjadam nocą... Słodycze... Kanapki... Wszystko na raz...
4. Zaczynam różne rzeczy, po czym ich nie kończę.Najczęściej chodzi o sport.
5. Przechodząc obok nie poznaję męża, a czasem i dziecka ( co prawda osiemnastoletniego już).
Moje skrajne roztargnienie osiągnęło apogeum, gdy własnego małżonka, który wyszedł po mnie na przystanek wzięłam    za ... zboczeńca i tak uciekałam, że aż mi dzinsowa, obcisła spódnica pękła i... spadła. Mój mąż był przerażony z powodu mego przerażenia... Myślał, że wpadłam w jakiś obłęd...
6. Przyciągam czasami interesujących, aczkolwiek dziwacznych ludzi, pewnie sama jestem dziwaczna...
7. Bywam złośliwa ( Mój syn mówi, że perfidna) wobec... mniejsza o to!




sukienka z JBC, buty - Reserved, sweterek - zapomniałam, torebka - taka śmieszna - Vintage, paltocik - dawno temu w Polsce, apaszka - Promod.





                                                                                      mondoramas.com
Niestety,moja zima wygląda jak na poniższych zdjęciach. Aż mi się nie chce wierzyć, gdy widzę zasypane drogi w Polsce na ekranie telewizora. Nie będę też miała czasu by osobiście uczestniczyć w brukselskim świątecznym jarmarku, na który przybywają chętni wrażeń ludzie z całej Europy! Ale by choć wprowadzić odrobinę bożonarodzeniowego nastroju, wyszukałam wam sporo zdjęć w necie, które wspaniale oddają atmosferę świąteczną w Brukseli.


  
kontrowersyjna choinka na Grand Place, można wejść na nią po schodkach za jedynie cztery euro. Jednak większość Belgów nie jest zachwycona tym nowoczesnym, bozonarodzeniowym drzewkiem:

                 
               lesoir.be

      
http://blog-fr.hostelbookers.com

a poniżej: choinka w Hasselt  z ... porcelany!   A dokładnie z pięciu tysięcy naczyń.



                                      

               

niedziela, 16 grudnia 2012

Sablon - mon amour: Pain quotidien - nasz chleb powszedni.




       
blogs.villagevoice.com                         droitaudessert.blogspot.com

Jest jedno miejsce w Brukseli, które darzę szczególnym sentymentem i temu właśnie miejscu chcę poświęcić cykl artykułów. To Place du Sablon i jego sąsiedztwo. Obszar niewielki, ale jakże bogaty: historycznie, turystycznie, kulinarnie, sentymentalnie...
Powinnam zacząć po kolei, ale spontanicznie rozpoczynam moją opowieść od... piekarni. Le Pain Quotidien. 

Wchodzę do pachnącego świeżym pieczywem wnętrza. Wysokie sklepienia, surowe drewniane półki prawie pod sam sufit, a na nich równym rzędem ułożone wielkie rumiane, chlebowe gęby. Pod moimi stopami skrzypią deski podłogi. Gdzieś ze ścian sączy się muzyka. Nie jestem zbytnią znawczynią muzyki poważnej, ale wydaje mi się, że rozpoznaję Brahmsa. Zapach pieczywa wymieszany z wonią świeżego soku z pomarańczy i słodkiej czekolady. Ta mieszanka przyprawia moje kubki smakowe o zawrót głowy. Podchodzę do lady, zamawiam petit dejeuner składające się obowiązkowo z chrupiącego croissanta, kawy, soku pomarańczowego. Drewniane, długie, wspólne stoły pochodzą z recyklingu. To oznacza, że do ich produkcji nie ścięto żadnego drzewa! Suto zastawione słoikami z dżemem, pastą czekoladową i miodem. Swojsko i dostatnio! Wszystko własnego wyrobu –bio. Proces wypiekania chleba jest tradycyjny, według oryginalnej receptury, trwa osiem godzin. Pani kelnerka w długim piekarskim fartuchu przynosi tacę ze smakołykami. Kawa w grubej fajansowej czarce dymi przyjaźnie. Piję ją zachłannie parząc usta. To przywołuje mnie do porządku. Odstawiam naczynie na stół, dopiero teraz dodaję nieregularną grudkę ciemnego , skrzącego się drobinkami złota cukru, dolewam trochę puszystego mleka – jak wprost od krowy. Rozglądam sie ciekawie. Jest cicho. Niedziela rano. Większość jedzących śniadanie ma nosy utkwione w gazetach. Na przeciwległym końcu długiego stołu,  rozmawiają dwie kobiety: młoda ze starszą panią w toczku i angielskim wełnianym kompleciku. Na przeciw siebie, nachylone tak blisko twarzami, że prawie się dotykają.  Jak para spiskowców. Starsza z nich syczy cicho, lecz wystarczająco głośno bym usłyszała.
- I posłałaś dzieci do katolickiej szkoły, zamiast porządnej protestanckiej!
- Ciociu tu nie ma dobrych protestanckich szkół! 
- Po co wyjeżdżałaś z Anglii? Nic nie osiągnęłaś! Ani ty, ani ten twój...pożal się Boże, mąż!
Rozmawiają po angielsku, lecz na tyle prosto, że je rozumiem . Nadstawiam ciekawie ucha. Jakaś poranna, rodzinna awanturka? Dyskretnie patrzę zaintrygowana znad mojej czarki z kawą. Nie tylko ja.
- Skończyłam studia, urodziłam i wychowałam trójkę dzieci, pracuję...
- A tam, ta twoja praca! Dzieci – prycha pogardliwie staruszka. – Nosa poza Europę nie wysadziłaś przez rodzinę!
- Mam tego dosyć! – mloda kobieta uderza pięścią w stół, aż słoiki z dżemami podskakują, a  łyżeczki dźwięczą srebrzyście o talerzyki.
Psst! Orientują się, że wszystkie twarze jak na komendę zwróciły się na nie wyczekująco. Uśmiechają się przepraszająco – ach ta angielska kindersztuba! – i wracają szeptem do rozmowy. Muzyka płynie dalej. Goście wracają do kontemplacji śniadania przy jej dźwiękach.
Uwielbiam te niedzielne poranki w „ Pain quotidien”, choć nieczęsto mi się zdarzają. Lubię atmosferę jakby z poprzedniej epoki, smak pieczywa i dźwięk "gadającej", drewnianej podłogi. 

       
lunch.com                                                             touslesmariages.com


Historia piekarni sięga daleko. Jej twórca, Alain Coumont, zainspirowany doświadczeniami z podróży, smakiem paryskiego Poilane, postanowił sworzyć piekarnię marzeń, gdzie przy wspólnym smakowaniu pieczywa z najlepszych zbóż, wyrabianego z największą starannością zasiadaliby nieznani sobie, przypadkowi ludzie. 


bongo.be

Od dziecka był związany z fachem, gdzie jego rodzina prowadziła własny piekarniczy interes w Huy ( czyt. Łi). I tak 26.10.1990 roku na ulicy Antoine Dansaert w Brukseli pierwszy sklep-piekarnia otwiera swoje podwoje. Obecnie tworzy już międzynarodową sieć. Do niedawna w Belgii bezkonkurencyjną. Ostatnio zaś pojawił się rywal, który bardzo prężnie zdobywa serca i podniebienia klientów. Jest to EXKI, sieć równie ekologicznych szybkich restauracji. Ale bez tej niepowtarzalnej ambiance.

A oto moja belgijska zima. Bez jednej śnieżynki. Ale ciągnie mam nadzieję zasmakować tego roku odrobiny śnieżnego puchu.



 Sukienka- Esprit, szalik - ?, płaszcz - River Woods, torba - lokalny butik, biały sweter - Zara, buty - no właśnie! stare jak świat. Ciekawa jestem czy mogę w nich jeszcze chodzić, czy na strych wyekspediować? Pomóżcie szafiarki. O ułaskawienie dla nich proszę!