piątek, 30 listopada 2012

Avenue de Tervuren




Po raz pierwszy jej piękno dostrzegłam stojąc na olbrzymim tarasie penthausu narożnego bloku  na rogu tej własnie Alei i Rue des Tongres.  Pomyślałam, że to wielkie szczęście móc co ranek podziwiać jej urok pijąc kawę na wielkim, wyłożonym tekowym drewnem tarasie. W otoczeniu ozdobnych krzewów i owocowych, egzotycznych drzewek posadzonych w wielkich donicach. W ogromnym apartamencie na dachu wieżowca mieszkało dwóch mężczyzn : Filip i Marc.  Wtedy Filip wydawał mi się starszym panem, dzisiaj powiedziałabym, że był pełnym uroku, przystojnym, dojrzałym mężczyzną. Jego przyjaciel był moim równolatkiem. Dzisiaj wiem, ze był również jego utrzymankiem. Taką męską galerianką. Ale początkowo nie wiedziałam nic na ten temat. Naiwnie myślałam, że panowie się przyjaźnią bez ważnego argumentu w postaci zapewnienia wszelkich potrzeb materialnych i możliwości studiowania. Bo Marc był zdolny, ale biedny. Pochodził z francusko-włoskiej wielodzietnej rodziny.
Bardzo pragnął osiągnąć coś w życiu. Był błyskotliwy. Studiował jednocześnie z wielką łatwością medycynę i sztuki piękne. Lubił luksus i wygodę. Związek z Filipem mu to wszystko zapewniał.  Nasz układ był taki: lekcje francuskiego w zamian za prasowanie, bo panowie świetnie prezentowali się w białych koszulach. Gdy wychodzili razem do teatru. Na prasowanie brakowało im czasu. A ja czas miałam lecz nie miałam pieniędzy i głodna byłam znajomości języka. Marc doskonale znał francuską literaturę i potrafił z pasją przekazywać wiedzę. Lekcje z nim były niebywałą przyjemnością. Siadaliśmy w przestronnym, prawie pustym salonie z sięgającymi podłogi oknami, przy surowym drewnianym stole. Nad naszymi głowami zwisał imponujących rozmiarów prawdziwie kryształowy żyrandol, którego nie powstydziłby się niejeden pałac. Niekwestionowana perła tego domu. Nabrzmiałe, wykończone ostrym szlifem bulwy pełne barokowego przepychu dwa razy dziennie: rano i wieczorem odgrywały majestatycznie świetlny spektakl. Wschód i zachód słońca.  Między mną a Marcem nawiązała się nić sympatii. Bez żadnego kontekstu. Słowiańska blondynka i homoseksualny, francuski student. W dodatku urodziliśmy się tego samego dnia, miesiąca i roku! Nigdy wcześniej, ani później nie zdarzyło mi sie spotkać kogoś, kto urodziłby się dokładnie w tym samym czasie co ja! Dwoje Wodników trzeciej dekady. Nie rozmawialismy o charakterze jego związku. Mówiąc szczerze mariaż dwóch facetów wydawał mi się czymś dość obrzydliwym i wolałam nie znać szczegółów. Były lata osiemdziesiąte. A ja przyjechałam z Polski. Marc prawdopodobnie był pierwszym poznanym przeze mnie w życiu gejem. Chyba trochę samotnym, bo zaborczy partner starał się go izolować od znajomych. I nie epatującym tak histerycznie seksualnym ekshibicjonizmem jak uczestnicy dzisiejszych parad równości. Przypadkowe spotkanie w supermarkecie zapoczątkowało naszą znajomość. Siadaliśmy grzecznie do lekcji, a gdy tylko za Filipem zamykały się drzwi i dało się słyszeć leniwy zgrzyt drucianej windy, zaczynaliśmy grać w gierki na Play Station jak małe psotne dzieci. Marc wyciągał Lucky Strike, którymi z rozkoszą się zaciągał, bo w obecności Filipa nie palił . Oglądaliśmy filmy, gadaliśmy o gwiazdach, ciuchach, fryzurach. Jak na studenta sztuk pieknych przystało mój kumpel wykazywał się niezwykłym smakiem. Wskazał mi wiele ciekawych, artystycznych adresów w tym mieście. Piliśmy hektolitry kawy i coca coli. Czasami któreś z nas skakało na Rue des Tongres do najbliższego supermarketu, tam gdzie się poznaliśmy, po ciastka i chipsy. Nie znałam w tym czasie zbyt wielu ludzi w Brukseli i mogę powiedzieć, że wówczas Marc był moją najlepszą koleżanką.
Chyba nie do końca czuł sie dobrze w swojej skórze. Miał dziwną potrzebę stwarzania pozorów że jest hetero, tłumaczenia się ze swojej orientacji.  Krążył, nie nazywając rzeczy po imieniu, operował aluzją, domysłem, słowami kluczami. Wyglądało to dość żałośnie i mało wiarygodnie, gdy pokazywał mi zdjęcia „swojej” dziewczyny, która okazywała sie jedną z jego pięciu siostr... 
Filip był zazdrosny. Niezbyt pewien stałości uczuć swego młodego kochanka, odnosił si
ę do mnie z rezerwą. Patrzył ponuro spode łba. Wyczuwałam niechęć graniczącą z wrogością. Niepotrzebnie. Miałam swego chłopaka, a co za tym idzie nie byłam żadnym zagrożeniem dla ich związku. Zielonooki potwór nie chciał dawać temu wiary. Atmosfera gęstniała, a moja koleżanka Marc miał coraz więcej przykrości ze strony swego partnera. Pomyślałam, że czas zwijać żagle. W sercu pozostała rozbudzona miłość do języka francuskiego, a w pamięci piękny obraz panoramy Avenue de Tervuren.
Zródło: Simon Schmitt www.globalview.be




Po widoku z tarasu Marca i Filipa, wiem już dlaczego mówi się o niej, że jest jedną z najpiekniejszych europejskich ulic. Z dołu nie widać jej całej krasy. Dzieło Leopolda II, jak i inne dwie wykwintne aleje w tym mieście ( Avenue Louise i General Jacques). Ale z pewnością właśnie Avenue de Tervuren najbliższa była sercu króla. Zbudowana z wielkim rozmachem, ma długość dziesięciu kilometrów. Szeroka, jakby architekt przewidział, że po wielkim boomie samochodowym, XX wiek będzie triumfem mody na ekologię, a panem brukselskich ulic stanie się rower. Różnorakie środki transport żyją tu ze sobą w symbiozie. Samochody, rowery i tramwaje nie zabierają sobie przestrzeni. Swobodnie się czują w cieniu podwójnego rzędu kasztanowców. Droga wije się przecinając trzy dzielnice, wzdłuż najdłuższego brukselskiego parku ( Woluwe 71 hektarów) i kilku mniejszych, przecina autostradę i kończy sie rondem tuż przy pałacu w Tervuren, obecnie siedziby Muzeum Afrykańskego. Na całej jej długości usadowiły się liczne ambasady, naliczyłam około dwudziestu. Najczęściej biednych afrykańskich krajów, które jakby tak dostojną lokalizacją chciały podnieść swój prestiż. Ale jest tu także ambasada Polski i Niemiec.  Drugi koniec, albo początek Avenue de Tervuren, zależy z której strony patrzysz, w okolicy Merode, gdzie mieszkali bohaterowie moich wspomnień stanowi Łuk Tryumfalny - jak wielka brama do miasta

0.jpg
Przy pisaniu tego posta skorzystałam z uprzejmości belgijskiego blogera Guy i wykorzystalam niektóre informacje i zdjęcie z jego fantastycznego bloga: http://vanrinsg.hautetfort.com/about.html / "Réflexions du Miroir", post: Une avenue pas comme les autres
 Pozostałe sa mego autorstwa.

Lors de l'écriture de ce post, j`ai pris des informations et la photo du blog d`un blogueur belge Guy. Je vous recommande son fantastique blog sur la Belgique: http://vanrinsg.hautetfort.com/about.html / "Réflexions du Miroir", post: Une avenue pas comme les autres. Merci Guy :)



 Pod spodem rozpościera sie tunel. Samochody nie osiągając Łuku Tryumfalnego znikają pod nim, by znów się wyłonić na powierzchnię po jego drugiej stronie, już w dzielnicy eurokratów. Po drodze jest jeszcze rondo Montgomery z pomnikiem generała. Czujnym wzrokiem spogląda na sunące auta, a z jego kamiennego beretu spływają zaschnięte stróżki białych gołębich kup. Czy przez złośliwość te miejskie ptaki obrały sobie głowę historycznej postaci za toaletę?
O Avenue de Tervuren mo
żna mówić bez końca. Każdy jej metr to ciekawa historia, wspomnienie dawnych dziejów, ale to materiał na następnych kilka postów. Może już wkrótce... 

P.S. Stojąc wczoraj autem na światłach w okolicy Merode przysięgłabym, że widziałam Marca. Rozpoznałabym go wszędzie po charakterystycznej bliźnie w okolicy ust. Zmężniał i spoważniał. Za rękę trzymał może trzyletnią dziewczynkę, a jego drugiego boku uczepiona była atrakcyjna blondynka. Nagłym blaskiem zachodzącego słońca na palcu mężczyzny na chwilę zabłysła obrączka.








Góry liści...




Na końcu Avenue de Tervuren znajduje się ta wesoła fontanna.Aż nogi same podskakują do tańca przy takiej wesołej orkiestrze. 


I jeszcze raz pałac. Koniec lub początek " Alei nie takiej jak inne."

poniedziałek, 26 listopada 2012

Czerwony dywan, rajtki nie takie jak u Sivki i nominacje



Dzisiaj tak wiele tematów poruszam w jednym poście, że nie zawaham się nazwać go "roboczym". Po pierwsze, jak można wywnioskować z tytułu zaistniałam na czerwonym dywanie. Co prawda, nie w świetle fleszy na TYM czerwonym dywanie, ale na dużo skromniejszym dywaniku rozpostartym przed drzwiami, jednymi z wielu, przy muzeum afrykńskim w Tervurem, podmiejskiej dzielnicy Brukseli. Zamiast fleszy, promienie zachodzącego słońca tańczyły na budynku układając się w świetlne esy-floresy, co nadawało mu pieknego wyglądu, a ja czułam sie również wyjątkowo.
Widzę, że mój mąż połknął bakcyla i coraz częściej i chętniej wyciąga mnie na "pstrykane" sesje w plener. Ma przy tym dużo zabawy. A ja dużo radości. Czyli oboje miło spędzamy czas we własnym gronie i jest ok. Ta niedziela była szczególnie łaskawa dla naszego regionu. Częstowała nas ciepłem i słońcem, grzechem było odmawiać takiej gościnności i hojności. Wybraliśmy się zatem na spacer po okolicy, zdumieni, że za każdym razem odkrywamy jakieś nowe szczegóły architektury, parczki i budynki wcześniej nie zauważone, mimo, że mijane wielokrotnie. Niektóre rzeczy nie dają nam się poznac bliżej przez samochodową szybę.
Ale co ma z tym wspólnego Sivka. Ano ma. W jednym z jej postów zachwyciłam się rajtkami w norweskie wzorki ( czy leggami, nie wiem jak je zwać.) Możecie je zobaczyć na jej blogu: tutaj/.
 Nic takiego nie znalazłam, ale pomyslałam, że każde inne grube pończoszydła mogą wyglądać nieźle i postanowiłam sięgnąć do swego bogatego pończoszanego archiwum X. Idealnym tłem do eksponowania kolorowych rajtek okazała się moja "mała czarna" z Promodu, którą wcześniej przedstawiłam w wersji eleganckiej. czuję, że ta sukienka jeszcze wiele razy będzie grała główną rolę w tym sezonie. po prostu "przymatkobożyłam " się do niej na całego!
Na koniec jeszcze odpowiadam na pytania zadane przez dziewczyny, które mnie wytypowały do zabawy. Dziękuję bardzo, choć moje odpowiedzi to nic szczególnego, taka trochę nudziara jestem. Nie typuję dalszych osób, bo jak się rozgladam wokół, każdy już chyba brał udział w tych zabawach. Pozdrawiam cieplutko i dobranoc :)


sukienka - Promod,
rajtki - Veritas,
torba, komin, beret - H&M,
płaszczyk - SH,
buty - Galerie Merode ( nie pamiętam marki)


Za cholerę nie potrafię nosić z wdziękiem beretów, ale mam do nich jakąś dziwną słabość...
















Mój bohater na czerwonym dywanie. też chciał się poczuć gwiazdą :)





Nominacje:





Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób , które o tym informujesz  oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
Mnie nominowała http://starszadziewczyna.blogspot.com/

za co bardzo dziękuję i odpowiadam na pytania:




1.    Najważniejsze dla Ciebie  słowo?
Mam ich kilka.

2.    Wolisz  śpiewać   czy tańczyć ?
Jedno i drugie, chociaż strasznie fałszuję, więc lepiej dla otoczenia kiedy tańczę...

3.    Twoja  fobia?
Węże

4.    Czego nie znosisz?
Atmosfery kłótni

5.    Miasto Twoich marzeń?
Nie mam szczególnego miasta moich marzeń.

6.    Morze  czy  góry?
Góry.

7.    Szminka  czy błyszczyk?
oba.

8.    Najmniej  potrzebna  rzecz jaką kupiłaś?
Oj, trochę ich było.

9.    Jaki styl ubierania lubisz najbardziej ?
Bardzo lubię zmieniać style, różnorodność to moja dewiza. 

10. Ulubiony wykonawca( zespół) ?
Bardzo lubię beate Kozidrak, nie tylko za śpiew, ale za osobowość, pogodę ducha, za brak lizuzusostwa, za brak skandali, za naturalność.

11. BMW czy Audi ?
BMW


nominacja od Pati: http://myfaceoffashion.blogspot.be/

 1. czego się boisz ?
okrucieństw wojny

2. jaką firmę kosmetyków lubisz najbardziej ?
 Clarins, a z polskich Soraya 

3. Ulubiony film (uzasadnij dlaczego)
trylogia Tolkiena, lubie filmy z przesłaniem, gdzie dobro zwycięża nad złem, często odwrotnie niż w prawdziwym zyciu.


4. Twój znak zodiaku 
Wodnik

5. Gdybyś mogła w sobie coś zmienić to co by to było ?
byłabym bardziej konsekwentna w życiu

6. Możesz zabrać 3 rzeczy na bezludną wyspę - co?
męża, syna i psy, o kurcze to już są cztery i nie rzeczy, a więc jeszcze raz:
książki- przewodniki, laptopa ( tylko co z zasięgiem), lody o smaku speculos

7. Czego najbardziej nie lubisz w innych ?
nie lubie ludzi małostkowych i głupich.

8. Słowo, które najbardziej opisuje twoją osobowość
tolerancja

9. Opisz swój ideał mężczyzny
otwarte horyzonty, szanujący moją wolność w pozytywnym znaczeniu tego słowa, zabawny, zaradny, romantyczny.

10. Jakie miejsca na ziemi chciałabyś zwiedzić ?
Kanada

11. Domówka czy impreza w klubie ?
domówka, starzeję się...

czwartek, 22 listopada 2012

Zachwyciłam się!


Kawalerka w lofcie


Wczoraj przypadkiem wpadły w moje ręce, a raczej oczy zdjęcia wnętrz z portalu bodajże: Urządzamy.pl.
Zawsze myślałam, że surowe ściany w pomieszczeniach mają chłodny charakter, co w gruncie rzeczy jest prawdą. Tyle, że jak zobaczyłam ich mariaż z folkowymi meblami o ciepłych barwach nie mogłam oderwać wzroku!

Już wiem jak urządzę mój stryszek nad garażem jak kiedyś wrócę do Polski! 
Tak, szykuję sobie takie urocze gniazdko, wymyślone at hoc, bez wyraźnego planu podczas budowy garażu. Kobiece królestwo. Moja świątynia nie tylko dumania. Ale i radosnych wygłupów podczas spotkań z psiapsiółkami. Przytulona do resztek starych komórek, których szkoda było zburzyć  ze względu na wspomnienia. Usadowiona na przedwojennej piwniczce, małej lecz pojemnej. W sam raz na nieliczne przetwory niedoświadczonej, choć niemłodej już gospodyni. I zakurzone winne butelczyny, które swoją burgundową lub złocistą zawartością ożywiać będą serca i umysły w długie zimowe wieczory. 
Gdy będą zjeżdżać się moja siostra, siostrzenice i kuzynki - będziemy urządzać wielopokoleniowe, kobiece imprezy, których głównym tematem będzie plotkowanie o facetach, o was panowie!
To będzie zaciszny kącik, do którego męski świat będzie miał wejście tylko za specjalnym pozwoleniem.
Świat bez telewizora, ze starym gramofonem na winylowe płyty ( mam ich cudowną, ogromną, unikatową kolekcję! Tylko nie mam na czym odtwarzać). Znajdą tam przytulisko stare meble, szafę pomaluję jak na jednym z tych zdjęć, oraz łóżko z prawdziwymi sprężynami. O takie:

Romantyczna sypialnia na poddaszu
czasnawnętrze.pl

a może całkiem inne:

Romantyczna sypialnia
czasnawnętrze.pl

Mnóstwo poduszek i pamiątki z dzieciństwa mego syna – moich już nie posiadam. Jedynym znakiem współczesnych czasów będzie elektryczność i laptop, bo muszę przecież na czymś pisać. No i te wszystkie kobiece fatałaszki, bibeloty, lakiery, spinki i botinki.  Książki i kolorowe pisma z obrazkami. 
Znajdzie się miejsce dla drewnianego konia na biegunach.


czasnawnętrze.pl

Wiadomości telewizyjne ( głównie złe i szokujące, no bo dobro ma kiepskie notowania, jest zbyt mało spektakularne) zostaną za drzwiami. Wystarczy jak obejrzę po powrocie do realnego domu – na przeciwko mego kolorowego świata na stryszku.
Przyjemnie będzie podczas dnia zapraszać własnego męża na herbatkę malinową, a wieczorem wracać do “prawdziwego” - z nim, domu.

Widać dziecięce marzenia o magicznym domku dla lalek nie opuszczają  nawet bardzo dużych dziewczynek! 















e-mieszkanie.pl



muratordom.pl


findingshibusa.com

cegła w salonie
nnm.ru


niedziela, 18 listopada 2012

"Uciec z ubojni dusz."



„Tysiące ludzi spędzają życie w pracy, której nie znoszą, by móc kupić rzeczy, których nie potrzebują, żeby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubią. Dosyć!"





Hej!
Jutro poniedziałek. Dla większości ludzi oznacza to - do pracy ( szkoly) marsz!
Wielu z nas jest pracownikami dużych firm, korporacji. Sama jestem szeregowym żołnierzem jednej z nich.

 Moja filozofia dotycząca pracy zawsze była jednaka:
- szanuj każdą pracę jaką w danej chwili posiadasz, bo jest jedynym twoim źródłem utrzymania czy środkiem realizacji marzeń;
- rodzina ponad wszystko! Bo to nie prezes korporacji będzie siedział przy twoim łóżku gdy zachorujesz, ale twój mąż, żona, dzieci... Szef co najwyżej wymieni cię szybko na nowy, bardziej wydajny i niezawodny model. Bo firma musi sprawnie działać. Nie ma miejsca na sentymenty.

Z troską parzę jak moje koleżanki zatracają się w niewolniczej pracy łudząc się, że " Firma - to ja". owszem, jeśli ją stworzysz sama z milością i pasją. W każdym innym przypadku jesteś tylko wydajnym trybikiem w maszynie odpowiednio motywowanym i manipulowanym. Zetknięcie z prawdą jest dla niektórych bardzo bolesne. Tyle, że jest już zazwyczaj za późno na nadrobienie swego osobistego zycia.

Dlatego przytaczam obszerne fragmenty artykułu, który bardzo trafnie oddaje zasady funkcjonowania współczesnych firm i przedmiotowego traktowania pracowników. Niewolnictwo XXI wieku. Poniżej podaję źródlo przytoczonych tekstów:

http://rawolucja.pl/piekny-umysl/uciec-z-ubojni-dusz-czesc-1/
http://wyborcza.pl/magazyn/1,128593,12431490,Uciec_z_ubojni_dusz__czyli_jak_placimy_za_brak_rownowagi.html





W pałacach korporacji
Warszawa, czwarta nad ranem. Andrzej, prezes dużej firmy, wysłał maila do swego szefa: „Piotrze, w sprawie raportu, który dla Ciebie piszę, zgłoszę się jutro przed południem. Chcę obgadać parę świeżych pomysłów”. Odpowiedź nadeszła błyskawicznie: „Andrzeju, dzięki serdeczne. Idź spać”.
Dziś Andrzej zapewne uważa, że się opłaciło: jest jednym z ostatnich, którzy w upadającej firmie ocalili posadę. Przetrwał, bo należy do nowej klasy pracowników, których w ostatnich dziesięcioleciach wyhodowały korporacje – współczesnych kamerdynerów, dzięki elektronice dyspozycyjnych o każdej porze dnia i nocy. Reprezentuje nową klasę ludzi, których domy przestały być sanktuarium prywatności, a stały się służbówkami w pałacach korporacji. I których bliscy – nieważne czym się zajmują – są co najwyżej rodzinami służących.
Andrzej należy do rzeszy tych, na których barkach korporacje odbudowały feudalne relacje między ludźmi.



"To dlatego właśnie dom stał się jeszcze jednym miejscem pracy. W nim też zaczęły obowiązywać prawa profesjonalizacji czy kompresji etatów, przez co część opiekuńczych funkcji przejmują zawodowe opiekunki do dzieci czy terapeuci. Miarą wartości rodzicielstwa jest dziś nie to, jak dużo rodzice spędzają czasu z dziećmi, ale jak dobrze – dzięki pracy rodziców –tym dzieciom się powodzi. W zamian oczekujemy od dzieci, jak od pracowników, wydajności: ich czas pracy ma być efektywnie wykorzystany.
Nasze relacje z bliskimi ubożeją proporcjonalnie do rozwoju więzi z kolegami z pracy, a z czasem stają się kadłubowe i toksyczne. Dzieci są nadąsane i małomówne, rodzice rozżaleni, dziadkowie uciążliwi."



Pracolaks

"Dawno się już zatarły granice między pracą a rozrywką. Dalton Conley ukuł nawet specjalny neologizm, który brzmi równie złowieszczo co Orwellowska „myślozbrodnia”. To „weisure” –zbitka dwóch pojęć: „work” (praca) i „leisure” (czas wolny, relaks). Dziś nie ma wypoczynku w stanie czystym –jest „pracolaks” lub „odpopraca”: odbieranie służbowych SMS-ów podczas spaceru z dziećmi, służbowe maile z łóżka…
Żyjemy w Społeczeństwie Gdzie Indziej – twierdzi Conley – bez dawnej tożsamości. Tradycyjne wartości (rodzina, dom, obyczaje) zostały w nim zduszone. W tym świecie rozrywka jest dla biednych (bogaci nie marnują na nią czasu), razem są te rodziny, które do siebie „tekstują”, a dzieci to inwestycja. Nie potrafimy już porządnie odpoczywać, bo podświadomie traktujemy odpoczynek jako próżniactwo. Relaks jest usprawiedliwiony tylko wówczas, gdy w jego trakcie zrobimy coś „pożytecznego”.
Ten świat „weisure” i Społeczeństwa Gdzie Indziej XIV Dalajlama opisał jako rzeczywistość, w której „mamy większe domy, lecz mniejsze rodziny; więcej wygód, ale mniej czasu”; „więcej wiedzy, lecz mniej rozumu; więcej ekspertów i więcej problemów”. I jeszcze: „To czas fast foodów i powolnego trawienia; wysokich mężczyzn i małych charakterów. Wielkich korzyści i płytkich związków. To czas, w którym dużo jest w oknie, ale nic w pokoju”.



Nie bądź sierotą 

Jak się ratować? Marsh uważa, że ocalić się możemy tylko my sami: „Jeśli sam nie zaprojektujesz swego życia, zrobi to za ciebie ktoś inny, tyle że cudza definicja równowagi między pracą a życiem może ci się nie spodobać”. Nie powinieneś powierzać jakości swego życia firmom, bo one są tak zorganizowane, by wyciągnąć z ciebie, ile się da.


Na meblowanie nam życia przez firmy nie powinniśmy się godzić z jeszcze jednego powodu. Jeśli wierzyć Jeremy’emu Rifkinowi, autorowi głośnej książki „End of Work” (Koniec pracy, 1995), trwająca właśnie trzecia rewolucja przemysłowa, która buduje totalnie zautomatyzowaną i produkcyjnie superwydajną gospodarkę, zakończy się „erą postrynkową”. A w niej większość z nas nie będzie miała pracy lub będzie jej miała mało. Już więc choćby z tego względu nie powinniśmy uzależniać się od pracy pojętej jako świat ostateczny. Niedługo bowiem wielu z nas może zostać sierotami epoki postrynkowej. Ludzie o zredukowanej prywatności, niemający mocnego emocjonalnego oparcia w życiu pozazawodowym, zniosą tę sytuację szczególnie ciężko.



Nie wiem czy bryczesy sa modne, czy nie. Wolę myśleć, że są klasyczne i wypada je ciągle nosić. Wyszperałam je przez przypadek w mojej szafie i z ulga stwierdziłam, ze są ciągle na mnie dobre. Pozwoliłam im zaistnieć dzisiejszej niedzieli. Kupiłam je w małym lokalnym sklepiku. Do tego koszulka i sweter z Zary, torba i komin - H&M, pasek - Esprit, płaszcz - SH,buty - no własnie? prezent od męża z upieglego roku? Czy sprzed dwóch lat? Nieważne, istotne, że ciągle swietnie sie w nich czuję. Dobranoc!


Nobody is perfect!