środa, 31 października 2012

Oczarowana kropkami!







 Aby nie było uczucia niedosytu i rozczarowania, tak jak obiecałam dodaję dzisiaj coś o modzie jako uzupełnienie wczorajszego reportażu. I dla dotrzymania danego słowa. Co prawda, większość z was już jest nastawiona nostalgicznie w związku z jutrzejszym dniem. Niektóre są  w podróży. Tego dnia sporo się przemieszczamy. Niewiele osób ma głowę do blogowania. Dlatego spróbuję  w miarę krótko i na temat.

Uwiodły mnie kropki. Gdy zobaczyłam je na rajstopach na wystawie. Od razu kupiłam trzy pary. Różnej wielkości, gęstości i koloru. Bo ten wzór coś w sobie ma. Kropki zarażają optymizmem i dziecięcą radością. Lekko podskakują, podrygują i są takie bezwstydnie frywolne bez względu na lata w dowodzie. Piękny jest kropkowany świat, nawet jeśli to tylko kropy deszczu bębniące o parasol! Poszłam tym tropem i chcę pokazać kilka inspiracji i moje zakrapiane odrobiną absurdu  pomysły.



( Zdjecie pochodzi z www.alejka.pl)


( zdjecie pochodzi z www.archiwum.allegro)





I kropki w moim wydaniu:


Sukienka i apaszka w KROPKI, oczywiscie - Promod,

Płaszczyk - Mont Blanc,
Buty - reserved,
Torebka - Esprit

Rastopy w KROPY - Veritas.






Pewien pięcioletni dzentelmen obchodził w ostatnią niedzielę urodziny. I ja też tam trafiłam, wino i miód piłam. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin Gabrielku.

A co tam widziałam to wam przekazałam. Obrazem.








Na koniec sukienka w wersji mniej wyjściowej - ze swetrem plus dodatki w kolorze starego złota.






Ciąg dalszy KROPKO STORY nastąpi w najbliższym czasie…



wtorek, 30 października 2012

Szklane domy kontra dzielnica czerwonych latarni.






Najczęściej zapoznaję was z Brukselą starą, z jej tradycyjnym budownictwem, historią. Dlaczego? Bo Bruksela w większości taka właśnie jest. Nie ucierpiała w czasie ostatniej wojny tak jak Warszawa. Została zajęta bez walki. Podczas gdy my musieliśmy podnosić naszą stolicę z gruzów, praktycznie od kamienia - Bruksela mogła się dalej rozwijać dobudowując kolejne dzielnice.

Ale dziś chcę wam pokazać też inną jej twarz. Bo Bruksela to też nowoczesne wieżowce. Głównie w okolicach dzielnicy unijnej, oraz w okolicach Gare du Nord, czyli Dworca Północnego. Miejsce to nie cieszyło się kiedyś dobrą sławą. Jeszcze dwadzieścia lat temu było marokańsko-polskimi slamsami: obskurne kamienice zamieszkałe przez często nielegalnych emigrantów, siedlisko wszelkich szumowin i recydywistów. Porachunki małych band złodziejaszków nie były tu rzadkością. Pamiętam, wiele lat temu istniał tu wielki nieoficjalny "dworzec" polskich autokarów i " kamionetek" ( czyli busów nazwanych tak od camionnette, czyli po francusku - mała ciężarówka,  van.) Barwny, swoisty folklor. Można tu było wszystko kupić i wszystko załatwić co legalne i nielegalne. Mogłeś spotkać dawno nie widzianych znajomych i znalezć pracę.





Władze w trosce o wizerunek stolicy i aby zmniejszyć przestępczość pstanowiły zlikwidować tę dzielnicę biedoty, rozproszyć emigrantów. Część kamienic wyburzono i pobudowano urzędy państwowe i siedziby wielkich firm, jak na przykład Belgacom ( kluczowa firma telekomunikacyjna w Belgii.)
Rezultatem tego jest dzielnica pieknych szklanych budynków - drapaczy chmur - na miarę Belgii, oczywiście!  Rozciąga się po jednej stronie dworca i torów. Przechodzisz pod wiaduktem i piękny świat z metalu, szkła i stali się kończy. Jakbyś przeskoczył w czasie i przestrzeni.
Nagle znajdujesz się w dzielnicy czerwonych latarni, dalej trochę rozciąga sie serce "Marokanowa"- obrazy i ulice żywcem przeniesione z handlowych ulic Marrakeszu. Gdybyś na chwilę zamknął i otworzył oczy miałbyś wątpliwości co do tego gdzie naprawdę jesteś.
Ulica nierządu robi przygnębiające wrażenie. Ciągnące się wzdłuż niej kamienice z podświetlonymi witrynami, a w nich panie różnego wieku, typu urody, narodowości. Homoseksualni amatorzy latynoskich transwestytów też znajdą coś dla siebie. Ultrafioletowe światło skutecznie kryje niedoskonałości skóry, cellulit i podkrążone oczy. Zresztą jakie to ma znaczenie. Klientela tu niewybredna i do takiej adresowane są usługi. Bardziej ekskluzywne prostytutki pracują w poblizu prestiżowej Avenue Louise.
Gare du Nord ( Dworzec Północny) jest rozrywką dla plebsu. Coś żałosnego jest w tym spektaklu, który ożywa nocą i trwa do rana. Współczesny targ niewolników. Ulicą powoli przesuwają się samochody, klienci oglądają wystawiony towar, dobijają targu. Na ulicy unosi się odór moczu. Na ścianach widnieją olbrzymie napisy: " To nie jest miejsce do sikania."  W pewnych odstępach pobudowano nawet prowizoryczne latryny, by klienci nie załatwiali swoich potrzeb na mury domów.

Policja przymyka oko na cały ten proceder, nierzadko ma w tym brudnym eldorado swój udział, jak i niektórzy wysocy urzędnicy państwowi i unijni. Dopóki są zyski,  nikomu nie zależy na zlikwidowaniu tego syfu. Sporo i odważnie na ten temat - o seksualnej, unijnej piramidzie -  pisała kilka lat temu  Dominika Cosic dziennikarka " Wprost" .
Zaczęłam o szklanych domach, a skończyłam na półoficjalnym, brukselskim zagłębiu seksualnym, które otacza zmowa milczenia ważnych urzędników. Jak w przypadku afery Marca Detroux, ale to już zupełnie oddzielny temat. Za to jutro obiecuję coś lżejszego i przyjemniejszego. Będzie o modzie!


















sobota, 27 października 2012

Oskar to Oskar





(www.kotydomowe.com)


Oskar lubi podglądać co robię. Gdy jestem w ogrodzie towarzyszy mi jak cień po drugiej stronie płota. Jego czujne agrestowe oko dogląda czy dobrze sadzę roślinki, czasami próbuje mnie nieśmiało zaczepić pręgowaną łapką.
Oskar jest moim sąsiadem. Nic nie robi sobie z naszych psów. Całkiem niedawno odkrył, że za płotem rozciąga się inny, ciekawy świat. Świat z psami. Od tej pory, jak z teatralnej loży, przygląda się naszym czworonogom, zwisając łapami po naszej stronie płota. Jak leniwiec.Doprowadzając nasze psy do szału. Oddaje się temu zajęciu z rozkoszą – godzinami. Patrzy kpiąco jakby sprzedawał im w ten sposób “ fucka”. Jakby mówił: “ Możecie mi naskoczyć!” Dopóki ociekające pianą psy nie skapitulują. Dopóki nie uznają nad sobą jego wyższości. Wtedy z godnością odchodzi.

Bo Oskar to nie byle jaki kot! Ma ogromny pręgowany ogon, który przypomina tańczącego węża. Przodkowie Oskara hipnozowali swymi ogonami kobry. Bo Oskar to kot egipski. No, może w osiemdziesięciu procentach. Ale jednak. Sierść na czole układa mu się w znak skarabeusza. Oskar nie ma do końca poczucia własnej tożsamości. Nie był wyhowany przez kocią mamę. Zamiast jej puszystego futerka pamięta z dzieciństwa dotyk i zapach ludzkiej skóry. Sypiał z panią, a z panem obejrzał wszystkie telewizyjne mecze drzemiąc w kieszeni bluzy na piersiach. Dopóki kieszeń nie stała się za mała. I tak stał się kibicem.

Teraz biega za panem jak pies. Pan gwizdnięciem przywołuje go do nogi. Bo Oskar to taki ni to pies, ni to kot, ni człowiek. Oskar to Oskar.



Zawieruszyly mi sie gdzieś zdjecia Oskara w komputerze, wiec musialam sie uciec do zdjeć z sieci. Oskar wyglada identycznie jak ten na zdjeciu ( zwróć uwagę na charakterystyczny, splaszczony ogon na końcu przypominający kobrę, gdyby nie on - kot egipski przypominałby do złudzenia pięknego lecz zwykłego dachowca) Zdjęcie i opis poniżej pochodzą ze strony o hodowli kotów: 


Już 4000 lat temu starożytni Egipcjanie uwiecznili na malowidłach ściennych smukłe, cętkowane koty o charakterystycznym spojrzeniu. Koty egipskie Mau są uznawane za najstarszą rasę kotów i jedyną naturalnie cętkowaną. Charakteryzują się ponadprzeciętną inteligencją i wesołym usposobieniem. Są ciągle czymś zajęte a obserwując ich mimikę można niemal czytać w ich myślach.Jeśli Mau postanowi zaprzyjaźnić się z Tobą, możesz być pewien, że od tej pory stanie się Twoim cieniem:-)





Kot krymski :) sfotografowany przez mego szwagra.











wtorek, 23 października 2012

Starsza siostra.





Gdy przyszłam na świat nie podobałam się zbytnio sześcioletniej Malince. Byłam czerwona, w kropki i wrzeszcząca. Poza tym, jak każdy pojawiający się w rodzinie noworodek musiałam wprowadzić spore zamieszanie w jej uporządkowane życie.

I tak ciągle nie mogłam dotrzymać Malinie kroku, wciąż za mała by być dopuszczona do jej nastoletnich sekretów. Jak wlokący się za nią irytujący ogon, którego nie mogła się pozbyć wobec natychmiastowego szantażu z mojej strony: " Bo poskarżę się mamie!"

Oj, musiałam strasznie Malinę denerwować!
Ale i ona mnie drażniła. Jeszcze jak!

Niedościgniony wzór w domu i szkole. Uporządkowana, odpowiedzialna. Zaradna.
Byłam jej negatywem. Przez całą podstawówkę towarzyszyły mi słowa powtarzane jak mantra: " Zdolna, ale nie tak pilna jak siostra".

To samo liceum. Pierwsza lekcja matematyki. Najgroźniejszy w szkole profesor, pogromca wszystkich matematycznych słabeuszy wpatruje się we mnie przenikliwie. Koleżanka kopie mnie w kostkę pod ławką.
Przy nim nawet muchy nie śmią brzęczeć. Nauczyciel z wysokości katedry celuje palcem w moją stronę.
- Czy ty, nie jesteś czasami siostrą tej... - tu sprawdza nazwisko w dzienniku - i pada imię Maliny. Prymuski.
" Oczywiście! Znów się zaczyna!" - myślę - "Ciekawe kiedy się rozczaruje co do mnie."
Ale potulnie przytakuję.
- Mam nadzieję, że jesteś równie dobra jak twoja siostra. - mówi uroczyście.
- Ja też - odpowiadam cichutko.

Naprawdę się starałam. Ale brzydzę się matematyką. I nie potrafię nauczyć się czegoś, czego nie lubię. Zasypiam.Dosłownie. Poprzedzając drzemkę niekontrolowanym ziewaniem.
Pan profesor wykazał dużo dobrej woli. Malina była jego ulubioną uczennicą. Nigdy nie zawiodła ani jego, ani tajemniczego  świata Wielkich Liczb. Jednak po sześciu miesiącach stracił nadzieję ze smutkiem wstawiając ledwie wypoconą tróję na półrocze. Pewnie tylko jego sentyment do Maliny uchronił mnie przed powtarzaniem roku!

I tak przez całe zycie!
Malina koncertowo zdaje na jedną z najlepszych warszawskich uczelni, Ja - robię wielokrotne podchody na różne kierunki, bo nie mam pojęcia kim chcę być w życiu. Ciągle coś zaczynam by tego nie skończyć. Skaczę z kwiatka na kwiatek, z kierunku na kierunek.
Oj, dałaś mi się we znaki Malino!

Ale wiesz co? Mam też inne wspomnienia.
To ty nauczyłaś mnie składać literki, tak, że jako kilkuletnia dziewczynka biegle czytałam wzbudzając podziw dorosłych. To ty zaszczepiłaś we mnie miłość do książek, ktore staly sie całym moim światem. Tak, że wkrótce zabrakło ich w szkolnej bibliotece.
Towarzyszyłaś mi na koloniach, pocieszałaś gdy tęskniłam za rodzicami, broniłaś i ocierałaś łzy nad znienawidzoną miską mlecznej zupy. Dzięki tobie - studentce - miałam zawsze najmodniejsze ciuchy i gadżety, które przywoziłaś mi z Warszawy kosztem niewykupionych obiadów i zaciskania pasa.
Pokazywałaś mi świat i trzymałaś za rękę gdy było trudno. Zastępowałaś mamę, gdy była daleko. Troszczyłaś się o mnie. Swoją małą, kochaną siostrzyczkę.

Dorosłam. Urodziłam dziecko. Dopiero wtedy tak naprawdę zbliżyłyśmy się do siebie. Wyrównały się nasze poziomy percepcji. Dwie dorosłe kobiety. I jak jedna noga dotrzymuje w tańcu towarzystwa drugiej, tak my bez siebie nawzajem nie możemy tańczyć walca naszego zycia.

Dziękuję ci Malino za to, że jesteś. Za garść wspomnień ci dziękuję. Za dobre dzieciństwo z twoim udziałem. Za wszystko! I życzę ci szczęścia z okazji jutrzejszych urodzin.


Malina kocha na codzien klasyke. Stroni od ekstrawagancji.


Ale "po godzinach" staje się inną Maliną: luzacką i szaloną.


Uwielbia sporty górskie i  rowerowe. Nie straszne jej 30 kilometrowe trasy na dzień, w weekendy zdobywa polskie szczczyty, w przeciwienstwie do mnie bardzo dużo podróżuje. Jest moim oknem na świat.



Tylko jest jedna taka szalona Malina, która o 5 rano w sobotę potrafi mi wysłać smsa z Kasprowego lub innego szczytu!
I za to cię Malino kocham! Jesteś wulkanem pozytywnej energii.



piątek, 19 października 2012

Były sobie czasy dwa.




Były sobie czasy dwa. Chronos i Kairos. Ten pierwszy, mówiąc kolokwialnie - zapierdziela jak mały samochodzik z nami na pokładzie. Kairos - to zajączek, którego gonimy i nie możemy dogonić. Jednym słowem, żyjemy w chronos, a tęsknimy za kairos. Bo czas ma dwa wymiary. Nieraz mija jak z bicza trzasnął, czasem wlecze się niemiłosiernie. Nasze życie podporządkowane kalendarzom, terminom, planom dostaje zadyszki. Zbyt cenny luksus. Wydzielany nam jak cukier na kartki w czasie stanu wojennego. 

Częściej zanurzyć w nic nierobieniu, poogladać z dzieckiem film, popatrzeć na śpiącego męża. Bez poczucia winy, ze nie zdąży się zrobić kanapek na jutro, przygotować obiadu, uprasować koszuli.  To wszystko co niby ważniejsze jest...

"Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam..."





Wiele książek o tym jak pozbyć sie stresu i żyć w zgodzie z sobą zaleca następujące kroki. Ciekawa jestem przy ilu z nich możecie odfajkować zielony haczyk, a przy których postawić czerwoną krechę :) Oto one:

Bądź wdzięczna.
Spędź godzinę dziennie w samotności.
Zaczynaj i kończ dzień refleksją, modlitwą lub medytacją.
Upraszczaj życie.
Utrzymuj porządek w domu.
Staraj się o realne terminy.
Nie obiecuj gdy nie możesz dotrzymać.
Miej zawsze dodatkowe pół godziny na to co robisz.
Twórz spokojną atmosferę w pracy i domu.
Kładź się do łóżka o dziewiątej dwa razy w tygodniu (!)
Miej zawsze przy sobie coś interesujacego do czytania.
Oddychaj - głęboko i często.
Poruszaj się - chodź, tańcz, biegaj, uprawiaj sport, który lubisz.
Pij dużo czystej, źródlanej wody.
Jedz tylko wtedy, gdy jesteś głodna.
Jeżeli ci nie smakuje, nie jedz.
Bądź zamiast robić.
Jeden dzień w tygodniu przeznacz na odnowę i odpoczynek.
Częściej się śmiej.
Dogadzaj zmysłom.
Zawsze wybieraj wygodę.
Jeśli czegoś nie lubisz, zyj bez tego.
Pozwól Matce Naturze zadbać o ciebie.
Nie odpowiadaj na telefony podczas obiadu.
Przestań starać się dogadzać wszystkim.
Zacznij dogadzać sobie.
Trzymaj sie z daleka od ludzi nastawionych negatywnie do życia. Malkontentów.
Nie trwoń swoich cennych bogactw: czasu, twórczej energii, emocji.
Dbaj o przyjaźnie.
Nie bój się swoich pasji. 
Podchodź do problemów jak do wyzwania.
Szanuj swoje aspiracje.
Wyznaczaj cele możliwe do osiągnięcia.
Nie oczekuj niczego.
Rozkoszuj sie pięknem.
Ustal granice.
Na każde "tak" niech będzie też " nie".
Nie martw się, bądź szczęśliwa.
Zamień bezpieczeństwo na pogode ducha.
Dbaj o duszę.
Pielegnuj marzenia.
Okazuj miłość każdego dnia.
Szukaj prawdziwego ja, aż je znajdziesz.


Z ręką na sercu powiem, że udaje mi się podpisać zaledwie pod połową tych zaleceń. Na pewno jestem wdzięczna, pielegnuje przyjaźnie, nie odbieram telefonów w czasie jedzenia, stronię od zgryźliwych i wiecznie niezadowolonych; no, ale chodzic spać o 21,00 - to już lekka przesada! Jeszcze mam do popracowania nad punktami wymagajacymi większej asertywności. A ty jak wypadłaś?
Może warto zacząć ćwiczyć się w cnotach od jutra? Wekeend to dobry czas na zaczęcie czegoś nowego :)

 Dzis na niebiesko. Wszystko oprócz butów ( Zinda) znalazłam w ciuchlandzie. Aha, torebka stara jak świat - Esprit.






środa, 17 października 2012

DLACZEGO FIOLET?

Dlaczego fiolet?

Lubię otaczać się pastelami, a najbardziej wyrafinowanym z nich jest FIOLET. Od wieków fascynował,niepokoił, zachwycał. Kolor alchemików i czarnoksiężników, ale też duchownych i księży. Kojarzy się ze skruchą,pokutą i nadzieją. Jednocześnie w dawnych czasach barwa ta była zarezerwowana dla najbogatszych elit. Władza, godność, szacunek,najwyższy stopień wtajemniczenia, ale też mrok i tajemniczość. Dla mnie FIOLET to zapach lawendy,i doskonałość ametystu. To romantyczność, zmysłowość,delikatość i kobiecość, ale też siła, mądrość,opanowanie,intuicja,własny rozwój. Po fiolet w ubraniach sięgają kobiety otwarte na to co nieznane, odważne, niezależne duchowo.

" Teraz, chyba już nikt nie ma wątpliwości, że kolor fioletowy jest magiczny – dosłownie i w przenośni. Jest również bardzo wyrazisty, dzięki czemu osoba ubrana w takiej kolorystyce z pewnością wyróżni się w tłumie. Najważniejsze jednak, aby otaczając się jakąś barwą lub się z nią utożsamiając, po prostu dobrze się czuć." 

cytat: http://weselisko.org/articles/show/135

A więc witam was na mojej stronie wszystkimi odcieniami fioletu :) 




  

wtorek, 16 października 2012

Historyjka obrazkowa: Logika zakupoholiczki z Kropką w tle.






Dla tych co nie lubią czytać przygotowałam krótką historyjkę obrazkową. Przedstawia ona logikę zakupoholiczki we wczesnym stadium lub kobiety  w ogóle ( choc to dość ryzykowne stwierdzenie, które zakrawa na nadużycie i wiele kobiet może słusznie się obrazić. Z góry przepraszam te urażone.)


Oto ile zaoszczędziłam pieniędzy w ostatni weekend. Mąż byłby ze mnie dumny. (Pewnie jest jeśli to czyta.)



Ale przejdźmy do rzeczy. 
W sobotę udałam się na zakupy. Marzyły mi się takie buty:







Ale skromnie i rozsądnie zostałam przy swoich starych z H&M, które w swej poczciwości ( i taniości) służą mi już chyba trzeci rok.




Zaoszczędziłam... 170 euro.

Następnie w galerii INNO wpadł w moje ramiona musztardowy płaszczyk firmy United Color of Benetton, kusząc namiętnie: kup mnie…

Przymierzając go zachwyciłam się samą sobą – co mi się dotychczas nie zdarzyło – pokusa była wielka, ale się oparłam. Ufff! Następne 200 euro w kieszeni ( wirtualnie rzecz jasna.)

Postanowiłam dalej dumnie kroczyć w swoim starym płaszczyku z Zary ( też niebrzydkim), który kupiłam przed laty w SH za grosik. I to niebywale podnosi jego wartość w moich oczach.



Czyli mam zaoszczędzone ( w wyobraźni) całe szeleszczące 370 euro – pomyślałam odwieszając Musztardowego na wieszak z udawaną obojętnością ( kurka wodna, a może by tak wrócić po niego, był tak doskonale  skrojony!) 

Nawet nie znalazłam w sieci zdjęcia, które oddałoby jego urodę…

Jednak zagryzłam usta i postanowiłam dalej ćwiczyć się w cnocie wstrzemięźliwości.
Odważyłam się jeszcze zajrzeć do stoiska Espritu ( jak szaleć to szaleć!) 

I tu moja optymistyczna opowieść nabiera smutnego wydźwięku. A wszystkiemu winna Kropka. Panna Kropka. Tak, ta sama:

http://smakkropki.blogspot.be/

Nie wspomniałam na początku, że w ten weekend dotarła do mnie przesyłka od owej Kropeczki z kolorowymi skarbami w środku. Był tam kominek:







I te dwie piękne broszki:



Musiałam sprawić kominkowi godnego towarzysza by mógł się z nim uzupełniać. Gdy ujrzałam tę sukienkę:






wiedziałam, że mój dalszy upór nie ma sensu. Idealnie do siebie pasowali kolorystycznie: sukienka i kominek. 
Zaraz, zaraz , ale przecież mam zaoszczędzoną kupę kasy. Nawet jeśli ją kupię i tak wydam zaledwie 1/8 oszczędzonych pieniędzy!

Wróciłam do domu z klasyczną zieloną sukienką w torbie i z poczuciem wielkości – jak to ja nie jestem oszczędna! Jak to można sobie wytłumaczyć w logiczny sposób każde uzależnienie J I nie dziwi mnie już, że alkoholik zarzeka sie ze nim nie jest, a hazardzista, twierdzi, że kontroluje utratę pieniędzy w kasynie!


Wkrótce premierowe wyjście sukienki z kominkiem na ramionach, a póki co pocieszam się wszystkim starym.


Pozdrawiam jesiennie.

Siedzi baba se na pienku i mysli.




Baba się rozbiera bo za ciepło.


Baba ma na sobie/ plaszczyk - SH Zara, buty - H&M, torebka - Esprit, chustka - Veritas, sukienka przezroczysta, a pod nia druga sukienka - SH, pasek JBC, kamizelka - jakis taniutki sklepik.


Baba robi miny i się wdzięczy.




Baba zadowolona. Do miłego...