niedziela, 30 września 2012

Elegancki odcien szarości.



Na początku była szarość. Dopełniona kroplą koloru stała się zachwytem, radością, subtelnością. Lubi iść pod rękę z beżem. Krok za nimi podąża biel. Bierze w ramy, porządkuje, wydobywa tamtych dwóch ukryty urok, rozwesela. Taka kolorystyczna trójca. Szarości - beże - biele. I wszystkie ich mutacje i kombinacje.



Szarość nie jest nudna. Nie musi być chłodna. Jest łagodnością i rozwagą. To podstawa, punkt wyjścia. Wymieszana z brązem nadaje  wnętrzu ciepły charakter. Nie tracąc przy tym nic ze swojej elegancji. Współgra z większością kolorów, wydobywa ich piękno. uwielbie intensywne, krótkie związki z turkusem, burgundem, granatem, fioletem, czerwienią.

Ulubiona przez minimalistów, hołubiona przez miłośników romantycznych i klasycznych wnętrz. Uspokaja, łagodzi, porządkuje. Pozwala uciec od zgiełku rzeczywistości. Szarość to twój azyl. Baw się szarością i ciesz nią zmysły! Bo szarość to kolor dla ciebie. 

Zafascynowana tymi barwami przygotowałam kilka inspiracji, które znalazłam w internecie. A na koniec moją własną skromniutką propozycję.
Lubię czasami kolorowe szaleństwa. jednak zauważyłam, że o wiele szybciej mi się nudzą i opatrują niż prostota szaro - beżowych ścian. Na przykład: po kilku latach nie mogę patrzeć na moją śliwkową sypianię czy pomarańczowy element ściany w kuchni - kolory, które początkowo były moimi wielkimi faworytami. Natomiast gdy opatrują mi się beże - "rzucam" na ścianę mieszankę wybuchową tonacji w postaci barwnego obrazu, otulam okna burgundowymi lub turkusowymi zasłonami, bądź też zmieniam parę drobiazgów takich jak obrusy, poduchy, donice i znów przez jakiś czas cieszę się "nowym" - starym wnętrzem. 
Paradoksalnie szarość, to jednocześnie coś dla lubiących zmiany i tych, którzy ich nie znoszą.





















A oto moje własne pomysły na ten temat. Dodam, że wszystkie sprzęty na zdjęciach z wyjątkiem kanap       ( tych w salonie) i dodatków takich jak ramki do zdjęć, zasłony i doniczki są zdobyte za grosik na różnego rodzaju wyprzedażach i pchlich targach. Na przykład: kwiecisty fotel. W antykwariatach widziałam ich bliźniaczych braci. Ceny wahały się od... 1500 -4500 euro. Mój - nie kosztował nawet jednej dziesiątej tej sumy. Obrus na stoliku - to fragment zasłony kupionej w sklepie z używanymi rzeczami. Była "nie do pary" więc nie znalazła nabywcy. Ja wyobraziłam sobie ją w zupełnie innej niż dotychczas roli i nadałam jej istnieniu nowy, użyteczny sens. Drugie życie. Jak i staremu, nadgryzionemu zębem czasu, ogrodowemu stolikowi, który przykrywa. I tak dalej i tak dalej. 

Cokolwiek by nie mówić o Ikei, jedni ją lubią, inni przeciwnie - uważam, że jest kopalnią pomysłów do uzupełnienia naszego własnego, indywidualnego stylu ciekawymi, estetycznymi drobiazgami i pojedyńczymi meblami. Zaopatruję się tam w tkaniny, ramki do zdjęć, poduchy i tysiące innych przedmiotów, które "dopełniają" tylko moje wnętrze. 

O skrzyni pełniącej rolę siedziska juz kiedyś pisałam. Uzyskała nowy design po przemalowaniu jej na szary kolor i rozjaśnieniu jasnokremowymi ( złamana biel) gałkami ze sklepu Zara Home.

Jak widać szary kolor mnie nie nudzi. Wyzwala pomysłowość. Inspiruje. Zachęcam wszystkich do zaprzyjaźnienia się z nim. Naprawdę warto!











środa, 26 września 2012

Urok ogrodowego krasnala!





Wrocław je ma i ciągle mu ich przybywa. Niemcy, Holandia je kochają. Ja też dorobiłam się ogrodowego krasnala! Choć... Niezupełnie nim jest... 
Niesprawiedliwie wrzucam do jednego worka wszystkie mniej lub bardziej kiczowate ogrodowe odlewy. Mój "krasnal" to nic innego jak gipsowa fontanna pod postacią Mannekena Pis, czyli Sikającego Chłopczyka - symbolu Brukseli. Nie muszę chyba wam tłumaczyć, z której części ciała sika woda po podłączeniu do gumowego wężyka. Tym specyficznym prezentem obdarzył mnie nasz znajomy "Flamak". Żeby "podrasować" postać - usta i siusiaka pomalował... na różowo! 
Upchnęłam biedaka wstydliwie w kącie ogrodu i czekam, kiedy deszcz wymyje różową farbkę, bo znacznie szlachetniej prezentował się cały szary...

Ale wracam do krasnali, które Belgowie kochaja nie mniej niż Holendrzy i Niemcy. 

W ostatnią niedzielę, nie mając nic lepszego do roboty zafundowałam rodzinie obowiązkową, integracyjną wycieczkę do jedynego chyba takiego w Belgii, a może i Europie miejsca. Jest nim park krasnali ogrodowych skupionych na powierzchni 15 000m2 w Hasselt, jakies 60 km od Brukseli. Prezentujący się imponująco w folderze park okazał się małym parczkiem, który obeszliśmy w kwdrans. 

Wracając mieliśmy pecha i zostaliśmy sprawiedliwie ukarani przez policję za złamanie przepisu drogowego... Pewnie trochę nas to będzie kosztowało bo flamandzka policja jest surowa. Przy okazji po raz koleny doświadczyłam bardzo niemiłego uczucia podczas kontroli drogowej we Flandrii. 

Język francuski działa na stróżów prawa jak płachta na byka. Zaczynają być agresywni, niemili, pokrzykują i robią groźne miny. Poniekąd z punktu widzenia historycznego staram sie rozumieć ich postawę, na pewno mają swoje racje, ale w takich momentach czuję jak mnie ludzka arogancja wgniata w glebę. I już nie stać mnie na żaden argument. Gdy policjanci reflektują się, że nie jesteśmy Belgami - przechodzą na francuski i stają się bardziej wyrozumiali. A nawet mili. I pomocni. 
Tak więc lokalne, narodowościowe antagonizmy nie są tylko domeną Polaków. 

O belgijskim galimatiasie językowym i tym, że wszyscy mają swoje racje - napiszę innym razem. A teraz parę zdjęć belgijskich nains czyli krasnali i innych bonhommes.




















... mój prywatny, ogrodowy... z różowymi usteczkami... :)


niedziela, 23 września 2012

Trochę historii: Drohiczyn i Korczew.




Czy los miast, jak i ludzi w gwiazdach zapisano? Wzloty i upadki, lata prosperity i zapomnienie. Które boli. Nieoczekiwane zwroty akcji. Bo miasto jak człowiek – musi mieć troche szczęścia w życiu.

Drohiczyn i Korczew, nie do końca je mieli. Oba piękne, spoglądają na siebie po przeciwległych stronach Bugu. Na uboczu, nie rzucając się w oczy. Milczące. Zagubione.

 Widok z Góry Zamkowej

Drohiczyn – jeden z najstarszych grodów na Podlasiu. Miejsce koronacji królów,obok Gniezna, Krakowa, Warszawy. Czwarte takie miasto w Polsce. Ale jakże różne od swych znakomitych, wielkich braci.  To też miejsce narodzin słynnego, polskiego aktora. Gród Danielowy. I prawdopodobnie miejsce pochówku legendarnego wodza Jaćwingów.

1254 rok. Daniel Romanowicz, książę halicko-włodzimierski koronował się tu na króla. Jednak próba polsko-rosyjskiego sojuszu przeciwko potędze zagrażających Europie Mongołów nie powiodła się. 
Od XV wieku miasto było oficjalną stolica Podlasia. Rozciągało sie po obu stronach Bugu. Tak zwana strona „lacka” i „ruska”. Po ruskiej ślad nie pozostał, lacka – skurczyła się do rozmiaru niewielkiej osady. Góra Zamkowa na urwistym brzegu rzeki okryta jest licznymi legendami: o lochach łączących ją z Korczewem po przeciwległej stronie rzeki i oddalonym o 30 km Mielnikiem i ogromnych skarbach jadźwingowych. Wiek XVII-XVIII to jeszcze rozkwit szkół jezuickich ( słynne Colegium Nobillium), ale później było tylko gorzej: najazd Szwedów, zniszczenie miasta przez wojska sowieckie...




Rozkwit Korczewa wypada mniej więcej  w tym samym okresie. Właściciel, Wiktoryn Kuczyński rozbudował pałac, gospodarczo rozwinął swoje włości, można by powiedzieć, że był bardzo sprawnym biznesmenem jak na owe czasy. Jego żona Joanna, z zamiłowania artystka, wspierała sztukę we wszystkich jej przejawach. Wartym odnotowania faktem jest jej wielka przyjaźń z Cyprianem Norwidem, który poświęcił jej i jej rodzinie wiele utworów. 


Wszystko zmieniło się po wojnie... Władza ludowa nie darzyła sympatią ani Drohiczyna, ani Korczewa. Omijał je splendor, inwestycje, dotacje. Marniały. Nadkruszone zębem czasu budowle ulegały degradacji.
Drohiczyn otrzymał od losu jeszcze jedną szansę. Bo oto znów miała być na nim przez jedną chwilę skupiona uwaga świata, a przynajmniej jego chrześcijańskiej części. Głowa kościoła katolickiego Jan Paweł II zawitał w skromne lecz dumne progi kilkusetletniego grodu. Drohiczyńskie błonia zapełniły się tysiącami ludzi. Miasto zyskało odnowiony wizerunek, zanim wszystko ucichło i powróciło do swego leniwego, prowincjonalnego rytmu. 
Później znów na chwilę zaszumiało o Drohiczynie w mediach. Kręcono w nim odcinek serialu Ojca Mateusza. Czy to wystarczy by Drohiczyn powrócił do dawnej świetności? 

Ale Drohiczyn i Korczew to też jego mieszkańcy. Tak się składa, że nad Bugiem mieszkają fajni ludzie. Wielu z nich to moi znajomi, rodzina, przyjaciele. Lubię wracać do czasów młodości i zajrzeć czasami w skromne progi starego grodu. :)

Poniżej: barbarzyńskie traktowanie korczewskich zabytków przez władzę ludową.





Korczew został szczęśliwie przywrócony dawnym właścicielom z rodu Ostrowskich. Na widok zgliszczy i dewastacji będących udziałem władzy ludowej ( w pałacu przechowywano nawozy sztuczne) właścicielkom płynęły z oczu łzy. Zaczął się żmudny i kosztowny proces przywracania dawnej świetności. Jestem optymistką. Mam nadzieję, że to historia z happy endem. Że Drohiczyn i Korczew na nowo staną się perłami Podlasia.

Poniżej: Korczew - dziś.