poniedziałek, 30 lipca 2012

Współczesna cywilizacja jest wielkim treserem.



Witam wieczorową porą.
Dzisiaj zamiast długiego postu będzie fragment z bloga, który wam bardzo gorąco polecam.
A pod cytatem podpisuję się obiema rękami, nogami i sercem. Oto on:


“Współczesna cywilizacja jest wielkim treserem. Wszyscy skaczemy przez jej obręcze. Rok po roku, krok po kroku, w coraz większym stopniu to samo jemy, to samo śpiewamy, to samo myślimy. Wielki dyktator Mister Miernota zdobywa nad nami coraz większą władzę. Ciągnie nas za kółko w nosie zwane pensją, co wieczór uczy nas skakać i służyć jak grzeczne pieski przy pomocy sprytnych ćwiczeń z ekranu telewizora, rozcieńcza wodą wino naszych marzeń i nadziei, obcina paznokcie naszym złudzeniom, czyni z nas wegetujących podludzi”

José Luis Martin Desclazo

z bloga:

http://pasjavspraca.com/

Można tam znaleźć wiele ciekawych myśli. Pozdrawiam :)

Zdjęcia poniżej są z jednego z ulubionych brukselskich parków na Woluwe.











i znów kaczki...





















środa, 25 lipca 2012

Sea, sex and sun :)



Bardzo ładny tytuł, prawda?

Ale nie ja go wymysliłam. Przyszedł mi do głowy w nawiązaniu do weekendowego wypadu nad belgijskie morze. Z tego wszystkiego - co w tytule - tak naprawdę, bylo tylko morze :) Ale kilkukodzinny spacer udany, wróciliśmy do Brukseli pozytywnie nastawieni do życia.

Dzisiejszy post jest szybki, trochę nerwowy - bo doslownie za kilka godzin wyruszam do Polski na urlop. Ostatnie, gorączkowe przygotowania tłumaczą troche moją słabą od kilku dni aktywność na blogu - ale obiecuję nadrobić wszystko w Polsce.

A teraz zaległy tekst i zdjęcia ( z niedzieli 22,07,12)

Po raz pierwszy od tygodni mieliśmy w miarę słoneczną niedzielę. Bez jesiennego dżdżu, porywistego wiatru i słupka rtęci poniżej czternastu stopni Celciusza. Więc w te pędy - nad morze!
Wybralismy się do Ostendy, która słynie z piasczystych plaż, kasyna i fortu Napoleona.
Belgia ma tę cudowną cechę, że zanim pomyślisz gdzie chciałbyś spędzić niedzielne popołudnie - juz to masz!
Morze - proszę bardzo! Weekend w górach? - Niecałe dwie godzinki samochodem. Kolacja w Amsterdamie? Śniadanie pod Big Benem? - czemu nie! Stąd wszędzie jest blisko. Za to kocham ten kraj!

I za to, że nikogo nie dziwią kozaki w lecie, sandały zimą do kożucha!
Ostenda...
Królowie belgijscy lubili spędzać tutaj wakacje. Przynioslo to miejscowości duży rozgłos - dzięki temu zyskało miano:  " Królowa belgijskich kurortów nadmorskich"

Jak to bywa w przypadku wiekszości belgijskich miast - ich naturalne położenie jest wielką zaletą, a zarazem nie lada kłopotem. Przez wieki kolejni sąsiedzi próbowali kłaść łapę na tej nadmorskiej miejscowości.
Ale nie będę tu się rozwodzić nad czymś, o czym możecie przeczytać w każdej internetowej encyklopedii.
Lubię opowiadać o ludziach... Ludzie znad morza wykazuja się wielkim hartem ducha i samodyscypliną. Są dumni i niezłomni. Taka była Pani Bolle. Zapraszam do mojej łódeczki wspomnień:






Pani Bolle dla służby i znajomych - Laura dla rodziny. Gdy ją poznałam - była starszą kobietą po osiemdziesiątce, która z niezwykłą godnością znosiła swój wiek. Powiedziałabym - było w niej więcej świadomego wdzięku, wyrafinowanej kobiecości i młodzieńczego, szczerego entuzjazmu niż w niejednej dwudziestolatce. Spontaniczna i perfekcyjna w każdym calu, w każdej fałdce spódnicy, w każdym misternie ułożonym loku. Szczupłe, niegdyś szalenie zgrabne - a dziś powykręcame reumatyzmem nogi  - zawsze w cienkich pończoszkach niezaleznie od pory roku. Nawet gdy jedna stopa nie mieściła się w eleganckim pantofelku, pani Bolle - Laura potrafiła udac się do miasta na zakupy w jednym bucie, a w drugim... kapciu. 
Takich kobiet sie nie zapomina.
Taką kobietą chce się być.
Wychowana nad chłodnym, belgijskim morzem. Od dziecka przyzwyczajona do ciężkiej pracy w rodzinnym hotelu. Bez taryfy ulgowej. Była wzorem pracowitości dla pracowników zatrudnianych przez rodziców. Radosny szczygiełek, zawsze pogodna. Po ciężkim dniu pracy mała dziewczynka zakradała się po cichu na schody i siedząc w kucki słuchała muzyki, która dobiegała z salonu. Uwielbiała grę swojej mamy - wiolonczelistki. Taką, w ekstazie znajdowali ja nieraz rodzice. 
Dorosła. Pokochała z wzajemnością mlodego chłopaka z Brukseli. Bez wahania powiedziała: tak! 
Kiedyś znacznie szybciej ludzie podejmowali decyzje na całe życie.
Przyszła wojna, mąż z ojcem natychmiast zgłosili sie na ochotnika do wojska. Hotel przejęli Niemcy. Młoda, świeżo poslubiona dziewczyna z kamienną, wyniosłą twarzą obsługiwała w hotelowej restauracji nieproszonych gości. Swojej dumy o mały włos nie przypłaciła życiem. Noc odmierzała minuty niepokoju o bliskich, tęsknoty i niepewności. 
Ta historia ma szczęśliwe zakończenie.
Wszyscy, których kochała z wojny powrócili.
Pani Bolle, zwolenniczka monarchii, patriotka i entuzjastka Brukseli, znająca historię każdego pomnika w mieście. Matka Chrzesna belgijskiego Czerwonego Krzyża. Wzorowa gospodyni i kochająca żona. Dogladajaca osobiście stu pięćdziesięciu krzaków róż w swoim ogrodzie. Co roku - zrywała pierwsza zakwitniętą różę i zanosiła ja wraz z poranną kawą swemu mężowi, właścicielowi wielkiego sklepu z biżuterią w sercu miasta na Grand Place.  Dopóki złotników nie wyparli cukiernicy - chocolatiers.
Kobieta nie pielegnująca w sobie uprzedzeń, biorąca życie jakim jest. Konkretna do bólu, a zarazem czuła i nostalgiczna. Oszczędna, a jednocześnie szczerze gościnna. Nasze wzajemne oczarowanie zakrapiane było lampką ( lub dwiema) porto, po których świat wydawał mi się barwnym kalejdoskopem i nawet zadeszczone, szare belgijskie kamienice nabierały rumieńców. Takie nasze małe, sobotnie rytuały. Chciałam wam opowiedzieć jeszcze kilka historii związanych z Panią Bolle, ale czas pędzi nieubłaganie i za chwilę trzeba wstawać! A więc może kiedy indziej :) Na zakończenie dodam tylko, że nasza przyjaźń - zafascynowanych sobą kobiet - należących do różnych epok - trwałaby pewnie dalej, gdyby nie to, że   pewnego listopadowego dnia - moja przyjaciółka zmęczyła się zyciem. I zadecydowała, że już czas na spotkanie z bliskimi. 

Mimo, że już jej nie ma czuję ją na każdym kroku, w każdym zaułku, kamieniu, pomniku tego miasta, o którym potrafiła tak pięknie i z pasją opowiadać. Aż do zakochania!

























...i nikogo nir dziwią zamszowe botki latem...

sukienka - SH,
okulary - H&M,
torebka - Cameleon











wtorek, 17 lipca 2012

Dinant again



Po raz kolejny zapraszam was na spacer po Dinant, miasteczku położonym u stóp rzeki Mozy u przednóża Arden. Za każdyn razem gdy przyjeżdżają do nas goście z Polski obowiązkowym punktem programu jest właśnie Dinant. Ciągle odkrywamy jakąś nową ciekawostkę dotyczącą tego miejsca.

Nazwa Dinant pojawia się po raz pierwszy w zmiankach historycznych ok 800 roku p.n.e. Pierwszą fortecę zbudowano tu w 1040 roku, a pierwszy most - 40 lat później.


Miasto miało szczęście lub też nieszczęście - leżeć w miejscu przecinania się kluczowych szlaków handlowych. Ze względu na geograficzne usytuowanie stanowiło ważny strategicznie punkt. Historia Dinant naznaczona jest krwawymi walkami o polityczną dominację. Miasteczko przechodziło z rąk do rąk. Piętno swoich rządów odcisneli w nim Francuzi, Niemcy, Holendrzy. W końcu Belgowie wywalczyli swoją niepodległość.




Dinant mosiądzem stoi od wieków. Dlatego stanowiło łakomy kąsek dla sąsiednich władców. Istnieje tu jeden z najstarszych rzemieślniczych cechów mosiężników. Nazwa miasta pochodzi od tej właśnie profesji: "dinandier" znaczy - "mosiężnik". A wiadomo - mosiądz ma olbrzymie zastosowanie w rozmaitym przemyśle: wytwarza się z niego armaturę, amunicję, osprzęt odporny na morską wodę, monety, okucia i wiele, wiele innych rzeczy. Jednym słowem - skarb prawdziwie pożądany!






W ciągu roku szkolnego, miasteczko liczące zaledwie 8000 mieszkańców, ożywia się za sprawą 4000 studentów. Przybywają tu z najdalszych zakątków pobierać nauki w fachu mosiężnika. Szkoły należą do jednych z nielicznych na świecie. Nauki do łatwych i lekkich nie należą. Kończy je z powodzeniem niewielu absolwentów, ale nie muszą martwić się o pracę na najbliższe osiem lat! Mogą przebierać w ofertach ze wszyskich krajów świata!


Belgia ma cztery powody do dumy. Są to: piwo, frytki, czekoladki i... saksofon. Wynalazł go urodzony w Dinant Sax. Pasję do muzyki zaszczepił w nim jego ojciec, który był doskonałym mosiężnikiem i muzykantem.



To zdjęcie pochodzi z ubiegłego roku ( za nami pomnik poświęcony Saxowi- twórcy saksofonu)

Proponuję wracać do Brukseli nie autostradą, lecz wzdłuż rzeki Mozy przez Namur - stolicę tej prowincji. Droga wije się serpentynami. Po jednej stronie mamy malowniczą ścianę gór, a z drugiej wstęgę  - Mozy właśnie. Płynie ona przez Francję, Belgię i Holandię i ma 925 km długości.





piątek, 13 lipca 2012

Koziołki i Cameleon




Napotkane przypadkiem koziołki postanowiły zagrać główne role w odcinku nie poświęconym wcale zwierzętom.
Chociaż może niezupełnie bo mowa ma być o ... kameleonie... 
Zapraszam na tekst niżej.



Jest i osioł!

a to zaplątana fotka z maja - jako fotkoterapia na deszczowy weekend, który własnie jest moim udziałem.


I przechodzimy do tematu głównego, czyli Kameleona przez "C"

Cameleon to nic innego jak prywatny sklep, coś jak polskie sklepy gdzie można taniej kupić wszystkie znane marki. Belgijskiemu sklepowi daleko do naszych, ale można czasami trafić tam fajne, niedrogie ciuszki. 

Sklepy te istnieją od 1988 roku i są tylko takie trzy w całej Brukseli ( a może i Belgii). Ich elitarność podkreśla fakt członkostwa. Wejść można za okazana kartą. Ale, żebyscie nie myślały, że to jakiś hight live - każdy może nabyć taką kartę  rejestrując sie za darmo przez internet, he, he. 
W Cameleonie kupuję ciuchy głównie moim chlopakom, sobie T-shirty. Jest również departament rzeczy do domu, butów i dla dzieci. 

Najbliższy mi Cameleon ( i najwiekszy) jest pierwszym w Europie całkowicie ekologicznym sklepem. 
Ekologiczność dotyczy pięciu sfer: materiałów, biodegradacji, ekologicznego budownictwa i wdrażania, projektowania i energii. 
Do budowy użyto drewna z lokalnych lasów, a w zamian zasadzono 1200 nowych drzew w Ardenach. 
Wszystkie zastosowane do produkcji kleje, rozpuszczalniki sa pochodzenia roślinnego. 
2000m2 dachu pokrytych jest roslinnym substratem. Na dachu i przed budynkiem założono ule ułatwiając tym samym zapylanie roślin przez pszczoły. 
Budynek zasilany jest przez system wodociągowy wód deszczowych by zmniejszyc niepotrzebne zużycie wody pitnej ( na przyklad w łazienkach).
Cameleon posiada wokół sporo zieleni, restauracje i kawiarnie, oraz przedszkole dla dzieci mogące przyjąć 39 maluchów.
Sklep ma naturalną wentylację, aby uniknąć nadmiernych kosztów energii ze względu na klimatyzację.
Budynek został zaprojektowany tak, aby zmaksymalizować swoją ekspozycję na działanie promieni słonecznych w zależności od pory roku.
Wykorzystanie energii słonecznej pozwala zaoszczędzic do  14.000 kWh rocznie, co odpowiada średniemu rocznemu zużyciu enegii czterech typowych rodzin w Brukseli!









c2cn.eu


cityplug.be












sobota, 7 lipca 2012

kaczuchy


Witajcie deszczową, późną sobotą. Chciałabym dziś porozmawiać o... kaczkach! Nie wiem dlaczego darzę je po psach i koniach wielką sympatią. Do grupy kaczych zaliczam też gęsi i łabędzie. Odebrano tym skrzydlatym należyte im miejsce w historii. I mówi się: "głupia jak gęś!" 
A przecież w mitologiach wielu kultur kaczki ( a raczej gęśi) odkrywały wręcz boską rolę! Ponoć nawet Rzym uratowały przed zagładą dzięki swojej czujności! Celtowie wierzyli, że są duchowymi pośrednikami między światem ludzkim i boskim.
Znane są przypadki wspaniałych przyjaźni gęsiowatych z człowiekiem. Patrz tutaj:

http://www.wykop.pl/ramka/697847/moja-przyjaciolka-ges-niezwykly-filmik-o-przyjazni-czlowieka-i-gesi/



Zbieram drewniane kaczki na parapetach i półkach w moim domu, a dokarmiam te realne.
Są bardzo inteligentne, czujne i odważne. Jesli długo ich nie odwiedzam, gęgaja z pretensją i skubia za łydki. Nie jest to przyjemne. Uwielbiam na nie patrzeć jak podpływają do jedzenia, niektóre rozpychaja sie i kłócą. Jak ludzie!





Do kaczek raczej nie proponuje stroju jak poniżej, praktyczniejsze sa dzinsy i długie buty z cholewami ( gdy kaczki są bardzo wygłodzone). Czasami osaczaja mnie i staja sie trochę agresywne.Oganiam sie wtedy od nich czymkolwiek, co akurat mam pod ręką - nie robiąc im oczywiście krzywdy! Za to one nie maja skrupułów! Moje" gęgały"...