piątek, 7 grudnia 2012

"The Butterfly Circus"


patrycjuszkosun.pl



Dlaczego “Motyli cyrk”?
Bo ten filmik z pozytywnym przesłaniem zainspirował mnie do tego, by podzielić się z wami historią o przekraczaniu własnych ograniczeń. Historia z mego podwórka nie jest tak spektakularna jak ta z filmu, ale jest przykładem wznoszenia się do gwiazd na miarę swoich własnych możliwości. Zwłaszcza, że właśie mija rok od tamtych wydarzeń. Posłuchajcie…

Koniec ubiegłego roku poddał naszą rodzinę wielkiej próbie. Znacie te chwile. Gdy choroba dopada nagle jak grom z jasnego nieba. Kogoś kto do tej pory bawił się życiem jak małą tenisową piłeczką. Ufał swemu ciału, swoim zmysłom. Na kłamstwie znał się jak nikt. Urodzony pod szczęśliwą gwiazdą, wierzył, że ona go poprowadzi bezbłędnie meandrami życiowych dróżek. Nigdy nie zawiedzie. Ale zadecydował ślepy los. A może nie on. Na pewno nie on. I nagle życie stawia na baczność. I już nie można go obejść andronami.

Tego się nie operuje – na to się umiera – usłyszał mój mąż gdy zawiózł swego chorego brata  w nocy na pogotowie. Poproszę dane, narodowość. Czy w ostatniej chwili chcą państwo dla niego duchowej posługi? Jeśli tak, to proszę wypełnić rubrykę: “wyznanie”. Inaczej można się pogubić. To taki wielokulturowy kraj. I podpisać. O,tu…

Dobrze, że wiedzeni instynktem samozachowawczym nigdy nie przyjęliśmy tej rzeczywistości do świadomości…
W plątaninie plastikowych rurek “baxterów”, kropli podtrzymujących płynów życie , wzlotów i upadków, gdzieś na szarym końcu tych wszystkich stanów emocjonalnych zawieszona była mała kropelka nadziei. Tak bardzo mała… Že czasem zupełnie znikała nam z oczu...

Dni odliczane porannym szczękaniem kubków ze wstrętną szpitalną kawą ( równie podła może być tylko w więzieniu), przedpołudniowymi obchodami lekarskimi, którzy wydawali wyroki. Temu na życie, tamtemu na śmierć… Spijanie z ich ust najmniejszej szansy na poprawę. Jakby byli bogami.
Towarzystwo własnych niewesołych myśli. I każdy z nas z nimi samotny. Samotny w sączącej się jak trucizna w nasze serca beznadziei.
Pełne euforii powroty do domu i za kilka dni naznaczone porażką ponowne wyjazdy do szpitala. I tak bez końca… Ciągle ten sam, szary widok z wysokości piątego piętra szpitalnego okna. Który staje się twoim drugim domem. W najgorszych momentach myślisz, że ostatnim. Długie samotne noce. W międzyczasie ktoś umiera, ktoś inny przychodzi. A ty zawieszony między życiem, a śmiercią. To tak męczy… Chcesz by to wszystko się skończyło. Wreszcie zostać po którejś z tych stron. I odpocząć. Laptop i Biblia na szpitalnym stoliku. Twoi bezsenni jak ty towarzysze. Na tapecie ekranu projekt domu.Oaza waszej rodzinnej szczęśliwości. Wasz port docelowy. Właśnie zacząłeś go budować dla swojej żony i waszych dzieci. Nie było cię przy nich gdy dorastały. Ale one teraz są przy tobie. Zdały egzamin, który ty zawaliłeś.
To też boli, ale niesie otuchę. Bo dopiero teraz poznajecie się naprawdę. Na codzień bywa ciężko. Puszczają nerwy. Z zakamarków wyłażą czarne, kosmate małpy. Zaszłości. Pretensje. Ranimy się nawzajem. Z bezsilności. W atmosferze burzowych wyładowań powoli oczyszcza się powietrze. Niebo zaczyna błękitnieć. Wiele się zmienia. Głównie w nas.Spojrzenie na wiele spraw i ludzkich zachowań.. Zaskoczeni niektórymi postawami. Wcześniej ślepi na wiele szczegółów, na nowo ustalamy granice.

-          Jest pan pierwszym pacjentem w mojej długiej karierze, który z tego wyszedł – mówi z podziwem lekarz na odchodnym – Miał pan szczęście, że zajął się panem osobiście profesor, największy medyczny autorytet w tym kraju.
Dostajesz nowe życie w prezencie. Ale już inne niż tamto - bez nieograniczonego limitu. Teraz jesteś po trosze zakładnikiem.

Co robi czterdziestoletni mężczyzna o wielkich marzeniach i wielce ograniczonych możliwościach? Nawet nie chcę znać myśli kłębiących się bezsenną ranną godziną. Gdy wszyscy idą do pracy, a ty musisz tkwić w domu, gdy jedzenie przestało być przyjemnością, a sport zabawą. Pokonane pokorą własne ego.
Gdy ci radzą, żebyś zawiesił swoje marzenia na kołku, że igrasz zdrowiem i życiem z kostuchą? Ty szczególnie wiesz jak ono jest cenne. 
Gdy ci mówią: Ciesz się chłopie, że żyjesz – ty zawzięce się uczysz. Mimo, że nauka nigdy nie był twoją mocną stroną. Widać na wszystko przychodzi pora. Robisz odpowiednie kursy, zdajesz wirtualne testy i egzaminy, symulujesz loty. Bliscy trochę się z ciebie dobrotliwie podśmiewają. Zawsze miałeś odlotowe pomysły! Dosłownie!
Aż któregoś dnia, nic nikomu nie mówiąc jedziesz do Szkoły Pilotów w pobliskim Zaventem. Dostałeś zaproszenie. Nie wierzysz własnym uszom gdy słyszysz jak na twoim skomplikowanym polskim nazwisku wyczytujący łamie sobie język. Nie, nie ulega wątpliwości, że jesteś w trójce wybrańców spośród 250 zaproszonych! To chyba sen.
Paradoksalnie gdyby nie choroba, która przykuła cię na długo do łóżka prawdopodobnie nigdy byś nie zasiadł za sterami samolotu. Wirtualna szkoła latania była jedyną odskocznią w trudnych dniach beznadziei. Jedyną namiętnością. Ucieczką w przestworza. Dosłownie i w przenośni!

*********************

THE END

Mój szwagier wyszedł z choroby.
Ciągle jest na żmudnym etapie rekonwalescenji, ale zagrożenie życia minęło. Odbudował rodzinne relacje, a wraz z nimi wznosi uroczy dom na przepięknej leśnej polanie. Spełnił też częściowo marzenie swego życia. 

Jako jeden z nielicznych, zupełny amator-lotnik, zasiadł za sterami prawdziwego szkoleniowego Boeinga 737-800 jako pierwszy oficer!
(Na pokładzie samolotu jego instruktorem był pilot Peeter Vonhofen.) Samodzielnie wykonał pełny lot z EBBR to jest Bruseles National do EPWA Anwers International. Kiedy pilot zobaczył ,ze programuje sam bez jego pomocy i bezbłędnie ustawia samolot w pozycji i konfiguracji do startu, postanowił dać mu szanse samodzielnego wylądowania. Obaj zawodowcy byli pod wielkim wrażeniem jego wiedzy o 737 i ogromnych predyspozycjach jak na zwykłego śmiertelnika. Pierwszy raz zdarzyło im się gościć na pokładzie samolotu adepta-samouka, który bezbłędnie bez pomocy fachowca ustawił maszynę do lotu! Nieprawdopodobne! Nie wiadomo, jak potoczą się jego dalsze losy, teoretycznie ma jeszcze szansę zostać prawdziwym pilotem    (czynnie latają do 60 lat). Praktycznym ograniczeniem okazać się może stan zdrowia i finanse. Nauka w szkole jest bardzo kosztowna, ale można wziąć na nią kredyt. W każdym razie udowodnił dla samego siebie, że warto przekraczać granice własnych możliwości, jakie one by nie były. Oto zdjecia ( jakosc nie za dobra bo robione komorką, gdyby szwagier spodziewał się co go spotka, wzjąłby ze sobą aparat!), a po nich  zapraszam na film.









druga czesc filmu ( jesli link nie dziala to wpisz po prostu do wyszukiwarki w you tube: The Butterfly Circus cz 2
http://www.youtube.com/watch?v=IZzDxrIeMyM


37 komentarzy:

  1. Ogromnie wzruszająca historia. Dla mnie jej głównym przesłaniem jest to, że w żadnej nawet najgorszej sytuacji nie można się poddać. Trzeba wierzyć...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, wiara czyni cuda,a zawsze dobrze mieć kogoś kto wspiera.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pouczająca historia, zmusza do przemyśleń...znam kilka osób, którym taka terapia szokowa przydałaby się z pewnością...najlepsze w tej historii jest to, że lekja została odrobiona a wnioski wyciągniete....prawda?
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę, że tak naprawdę doceniamy życie i zdrowie oraz przyjaciół w takich trudnych dla nas chwilach, wcześniej cieszymy się tym ale nie mamy odwagi pomyśleć ile dla nas znaczy miłość gdy jest na prawdę źle. Gdy człowiek jest na "krawędzi" lub ma śmiertelną chorobę, jest też bardziej zdeterminowany by spełniać swoje marzenia. Życzę Tobie Agnieszko i Wszystkim którzy to czytają by spełniali swoje marzenia mimo wszytko ;*

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawa historia...
    Jak z książki albo filmu...
    A to życie pisze najlepsze scenariusze...

    OdpowiedzUsuń
  6. Jaka fantastyczna historia. Ogromny szacun dla szwagra i dla was, którzy go wspieraliście.
    To dowodzi też, że sam fakt, że żyjemy, nie wystarcza, bo nie żyje się po, żeby egzystować, ale żeby z tego zycia coś mieć. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Pięknie to opisałaś Agnieszko :-)
    Wrócę jeszcze żeby obejrzeć film.

    OdpowiedzUsuń
  8. dokładnie, życie pisze takie scenariusze, że aż strach, dobrze, że tym razem tak to się skończyło, żal tylko tych którzy nie mają tyle szczęścia :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Gratulacje dla W. jestem pod wrażeniem, często odkładamy pewne sprawy na później, nie mam czasu, na emeryturze, w wakacje- tylko to później może nigdy nie nastąpić, a nie każdy ma taki "dar" od losu - ostrzeżenie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Każdego, kto poszukuje sensu życia odeślę na tą stronę, do Ciebie. Tak pięknie może tylko opisać ktoś, kto kocha życie, bliskich i świat. Film przepiękny, ale on tylko wzmocnił wrażenie pozostawione po tym tekście. Zapamiętam to przesłanie: wiara plus miłość plus wytrwałość. Gdy gleba jest pełnowartościowa daje najwspanialsze owoce!
    Dziękuję za dzisiejszą ucztę dla duszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joasiu, pieknie to podsumowalas, dziekuje!

      Usuń
  11. Niesamowita historia, odrazu cisnie mi sie na usta co to za choroba, ale skoro nie piszesz to wiem, ze nie chcesz o tym mowic. Ogromnie sie ciesze, ze szwagrowi udalo sie pokonac chorobe i postanowil wykorzystac ponowny dar zycia. Kiedy przezyje sie taka sytuacje to wszystko staje sie zupelnie inne. Sprawy do tej pory wazne sa juz nie wazne a te zepchniete gdzies w kat nagle nabieraja zupelnie innych rozmarow. Zycie jest niesamowitym darem i cieszmy sie, ze je mamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, To nie jest tajemnica, ale nie chce zanudzac skomlikowanym opisem tego co mu sie przydazylo, bo to dosc nietypowe, mechaniczne uszkodzenie ( kamieniem zolciowym) wewnetrznych narzadow, co pociagnelo za soba inne komplikacje, niebezpieczne dla zycia, dokladniej napisze ci na prive, w kazdym razie nosi w sobie sporo roznych protez, w kazdym razie, bardzo rzadko to sie przezywa!

      Usuń
  12. Bardzo osobisty post. Powtorze za Kochanowskim "szlachetne zdrowie nikt sie nie dowie jako smakujesz az sie zepsujesz...."
    Najwazniejsze, aby zyc dalej i smakowac zycie, spelniac marzenia, naprawiac bledy.
    Jezeli Bog nie chce nas jeszcze Tam to zmaczy, ze Tutaj mamy cos do zrobiemia.

    Mojej siostry syn przeszedl rozlegly zawal serca w wieku 26 lat a kilka miesiecy temu mial wszczepiony rozrusznik serca, byl zalamany stanem swojego zdrowia, ale teraz zaczyna wracac w Nim radosc zycia i to jest najwazniejsze. Pozwolilam sobie Agnieszko na swoja osobista refleksje na Twoim blogu, przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ela nie przepraszaj, to rowniez wasze miejsce, ciesze sie, ze dzielicie sie ze mna rowniez osobistymi refleksjami , to tysiac razy cenniejsze niz wszelkie zdawkowe grzecznosci :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak to życie nasze czasem filmem jest.Czasem dzieje się tak że z zupełnie beznadziejnej sytuacji jednak szczęśliwie wyjdziemy tak jak stało się u Ciebie,innym razem coś nie zbyt poważnego a kończy się tragicznie tak kilka razy zdarzyło się naszej rodzinie.Pozdrawiam i życzę aby wszystko miało szczęśliwe zakończenie a Twojemu szwagrowi dużo zdrowia

    OdpowiedzUsuń
  15. Niechże to przeczytają wszystkie marudy, które narzekają, że życie jest ciężkie i inne takie marudztwa! Inni walczą o to życie, cieszą się wszystkimi pierdołami - i tak powinno być! I pozdrów Szwagra, bo naprawdę osiągnął szczyty! :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Wróciłam i obejrzałam obydwie części filmu.
    Piękny - to za mało. Po prostu wspaniały.
    Pozdrawiam serdecznie Agnieszko.

    OdpowiedzUsuń
  17. Awesome, my love ♥

    Thank you so much for your lovely comment.

    LOts of love,

    Nicole

    OdpowiedzUsuń
  18. Pierwotnie mój komentarz miał być nieco dłuższy. Napisać, jak bardzo ważni jesteście dla mnie i jak jestem Wam wdzięczna za wszystko.
    Ale słowa i tak nie oddadzą tego, co czuję.

    Dziękuję za tekst i przede wszystkim dziękuję za obecność.
    Za to, że byliście w tym trudnym czasie z Tatem i, że tyle Wam zawdzięczamy.

    Chciałabym kiedyś w przyszłości być taka jak Wy...


    OdpowiedzUsuń
  19. Madziu, cokolwiek to znaczy, na pewno nasz przerośniesz, wszystko najlepsze jeszcze przed tobą, buziaczki! :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Trzymaliśmy kciuki a teraz cieszymy się razem z Wami z takiego szczesliwego zakonczenia tego koszmaru sprzed roku.Gratujumy sympatycznemu pilotowi i liczymy na wspólny lot :)
    Ago...byliście obok, na wyciągnięcie ręki.Podpisuję się pod kmentarzem Madzi.Jestem z Was dumna.

    OdpowiedzUsuń
  21. Życie, jest nieprzewidywalne...
    I miewa happy endy :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Nie jeden chciał by mieć taką siostrę jak TY Aguniu,Jednak Bóg dał mi Ciebie jako Bratową
    Jestem Mu Bardzo wdzięczny za to ,ze mam teraz i Brata i Siostrę Ogromnie dziękuję wam
    i wszystkim ,którzy wspierali mnie ,modlitwą ,słowem i Duchem .Byli zemna i są
    Z Boską Pomocą pomogli mi podnieść się po raz wtóry Kocham was
    Hmmm Ironia życia polega na tym w, że żyje się do przodu, a rozumie się je do tyłu.
    Pozdrawiam wszystkich i dziękuje za słowa otuchy Dziękuje też mojej Córuni kochanej
    za całokształt nie tylko za tekst,

    OdpowiedzUsuń
  23. Hmm, jakos tak sie rzewnie zrobilo i lza sie w oku zakrecila, od tych wszystkich waznych slow.. No widzisz, a ja zawsz cierpialam na brak brata! a teraz mam od razu doroslego i w dodatku taki fajny, smieszny, czasem niesforny i wyrecza mnie w gotowaniu, dzieki czemu moge bardziej poswiecic sie blogowaniu :) Jednym slowem, dobrze, ze z nami jestes!wielki bracie:):):)

    OdpowiedzUsuń
  24. "Dostajesz nowe życie w prezencie", a co lepsze to po tym co przeszedłeś jesteś w stanie ciągle spełniać swoja marzenia. Trzymam kciuki za zdrowie Twojego szwagra. Pozdrawiam serdecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
  25. Taka mnie myśl naszła dziś - w radiu są puszczane kawałki na życzenie słuchaczy :) to może też jakiś wpis na życzenie czytelników?? :)

    Chodzi mi o jedną osobę. Jej temat powraca przy okazji świąt lub większych spotkań rodzinnych. Łączy chyba wszystkich nas, którzy tego bloga czytają :)
    Chodzi mi o dziadzia Franka :)

    Często o nim mówi mi Babcia. Chociaż ją trzeba ciągnąć za język, ale już jak się rozgada, to potrafi mówić o nim i mówić. Pytam o niego, każdego człowieka, który mógłby go znać. Jaki był? Jaki miał głos? Jak się śmiał? A jak żartował, to z czego najczęściej? I jakby wyglądał? On był totalnie w moim typie!

    Przy okazji sprzątania grobu z nasza Kubą snuliśmy też takie refleksje. I trochę nas tęsknota wzięła za nim...

    No właśnie, czy można tęsknić za kim, kogo się nie zna?
    Bo ja czuję się cholernie związana z tym moim nieznanym dziadkiem!

    Czasami, kiedy widzę w kawiarni, w pociągu, czy w parku ok. 60 letniego mężczyznę to zastanawiam się jaki byłby dziś dziadek? Co powiedziałby mi, gdyby żył?

    No właśnie.
    Jak ta nieobecność na nas wpływa??

    OdpowiedzUsuń
  26. o tak,zycie potrafi platac figle i czasami wywraca rzeczywistosc do gory nogami.najwazniejsze,aby nigdy przenigdy nie tracic nadziei. zycze duzo zdrowia dla Pani Szwagra i najpiekniejszych lotow !

    OdpowiedzUsuń
  27. :)rzeczywiście, myślę, że można tak tęsknić i zawsze będą pytania bez odpowiedzi.

    OdpowiedzUsuń
  28. Oj, to było do Madzi ten poprzedni wpis, a do Sarah, lipooo i wszystkich moich wspaniałych gości dzięki za wszystkie ciepłe słowa, jesteście FANTASTYCZNI!

    OdpowiedzUsuń
  29. Alez ciekawa i optymistyczna historia....Trzeba ,warto wierzyć że się uda.Pozdrowionka serdeczne zostawiam.Krystyna

    OdpowiedzUsuń
  30. "Dni odliczane porannym szczękaniem kubków ze wstrętną szpitalną kawą" Dziewczyno, ale Ty piszesz!

    OdpowiedzUsuń
  31. co ma powiedzieć,jestem pod wrażeniem. Tu po prostu nie ma co dodać. pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  32. Wspaniale to opisałaś ... ;-*

    OdpowiedzUsuń
  33. Pięknie opisałaś tę historię tak nieprawdopodobną. Gratulacje dla szwagra. Trzeba być bardzo silnym człowiekiem aby w obliczu słabości takie rzeczy osiągać. Super. To historia dla każdego , kogo blokują małe przeszkody, dla nas wszystkich, jeśli zbyt często powtarzamy sobie, nie umiem, nie mogę, nie uda mi się, nie będę próbować, nie ma sensu. Ściskam:)

    OdpowiedzUsuń