poniedziałek, 31 października 2011

Nasze psy w obiektywie



Nasze psy doczekały sie niezłej kolekcji zdjęć. Dziś przedstawiam najfajniejsze ich fotki. 




Tunia i Aza ( pies działkowy)




...a po obiedzie- leżakowanie...




patrząc w jednym kierunku ( z przyjacielem)





osobno, ale razem :)


najbezpieczniej u pana na brzuchu ( Kajtuś)




nasz kochany Nietoperek






Kajtuś zawsze pierwszy wita swoją panią





czasami i Tuni uda się obudzić w porę...





oto ocalone szczenięta, w dużej mierze dzięki wielkiemu psiemu sercu Kajetka. Prawda, że urocze?





a to już jedno z nich- dorosłe: Misia. Chyba pamięta w jakiś sposób Kajtka ze swego szczenięctwa, bo darzy go ciągle ogromną przyjaźnią i z radością wita. Mają swój własny, psi język





najbardziej na świecie Kajtuś nie cierpi Leona;biedny Leon... a taki elegancki,dobrze ułożony




a teraz parę słów o Tuni




rano lubię napić się angielskiej herbaty




i poczytać gazetę...



czasami zaszywam się z książką w spokojnym miejscu..




a, że nie jestem z wiekiem coraz młodsza- zdarza mi się przysnąć na krześle



lubię kapelusze...


i schować się prze upałem...



jestem niby psem myśliwskim, ale raczej nie lubię polować na kaczki...




Jestem taka romantyczna...


zdarza mi się uprawiać sport, choć rzadko



później bardzo chce mi się pić!


ale wszyscy w moim otoczeniu wiedzą, że królowa jest tylko jedna



niedziela, 30 października 2011

Zaklęta w kamel




Kocham się w kolorach okresowo i cyklicznie. Była już faza pomarańczy ( wtedy nie były jeszcze tak modne jak ostatnio), zieleni, granatów. Przyszła pora na kamelowy i trwa już od ubiegłego roku. Kolor ten doskonale komponuje się z jesienią, która jest moją szczególnie ukochaną porą roku. 




Tunikę kupiłam w Polsce podczas ostatnich wakacji. Dziś doczekała się premiery. Sweter z ubiegłego roku wygrzebany w SH bardzo mi się przydaje gdy nadchodzą chłodniejsze dni.
Z butami było tak, że poszliśmy ubrać nieco mego męża- jest bardzo oporny na zakupy dla siebie, nie cierpi sklepów ( chyba, że są to sklepy z zegarkami :), chociaż uwielbia kupować dla mnie jeśli cos wypatrzę, a już najbardziej biżuterię. Tak było i tym razem. Zamiast ubrań dla niego wyszliśmy z butami dla mnie. Nie wiem jak to się dzieje, że gdy chodzę sama- nie mogę wcale znaleźć modelu, który sobie wymyśliłam, a jak mam pod ręką mego męża- natychmiast dostrzegam wymarzony fason i kolor. Jednym słowem cos co muszę mieć tu i teraz! Czyż to nie dziwne...... :)






Porobiliśmy dziś  synem trochę fotek jeziorek w ulubionym parku w Brukseli. Jak się okazuje złota jesień nie jest charakterystyczna tylko dla Polski. Popatrzcie sami








poniedziałek, 24 października 2011

MIODZIO I KREMIK



Nie mam dziś weny na pisanie. Dopiero poniedziałek, a jestem wykończona. Mam nadzieję, że kolejne dni przyniosą ze sobą wzrost energii i w weekend będę już pełna adrenaliny, twórczych pomysłów i pogody ducha. Dziś chętnie bym się zdrzemnęła na kanapce, ale niestety, czeka na mnie sporo pracy papierkowej. 


Wrzucam więc szybko swoją wczorajszą stylizację. Sukienka kupiona spontanicznie w H&M jakoś w domu przestała już mnie przekonywać. Trochę czasu musiała spędzić w szafie, by doczekać się na swój dzień. Ostatnio nachodzi mnie na łączenie wszelkich odcieni beżu i kremu. I wyszło coś takiego jak tutaj:













































       





niedziela, 23 października 2011

cd Kajetek



...Zbliżał się czas wyjazdu z Polski. Zima nadal była sroga: mroźna i bezlitosna. Codziennie robiłam postęp w oswajaniu Kajetka. Nie zdawałam sobie sprawy, że oswojenie kogoś niesie ze sobą ryzyko odpowiedzialności. W końcu, któregoś dnia Kajtuś przestąpił nieśmiało próg naszego domu, ale ograniczając się tylko do przedpokoju. Leżał spokojnie i przyglądał nam się z daleka. Zachowywaliśmy się tak by go nie spłoszyć. Później pierwsza noc i nasza nerwowość, czy dziki piesek nie poczuje się osaczony, czy nie nabrudzi itp. Mąż dość sceptycznie przyglądał się moim poczynaniom. W końcu dwa dni przed wyjazdem musiało dojść do tej rozmowy.
- Robisz mu krzywdę-powiedział- My odjedziemy, a on będzie musiał tu zostać.
-...Może go zabierzemy?....- zaryzykowałam. Nie musiałam długo czekać na reakcję.
- Jak to sobie wyobrażasz, podróżować ciągle z dwoma psami i całe auto ludzi, ooo, nie nie! wykluczone! Nie zgadzam się! I tak już przez Tunię nie możemy podróżować samolotem, a teraz jeszcze jeden pies! NIE!
Zasępiłam się z lekka, wiedząc, że muszę rozegrać sprytnie tę akcję. No, cóż muszę wjechać na uczucia mego męża. Nie ma wyjścia. Czasami kobieta musi uciec się do manipulacji. W dodatku jak cel ma służyć wyższym wartościom!
Kajetek z napięciem, a zarazem z godną rezygnacją przenosił wzrok ze mnie na męża i z powrotem, jakby czując, że ważą się jego losy. Tunia, cudownie nieobecna jak zwykle sapała, chrapała i pogwizdywała przez sen na kanapie. Jak stary chłop! A nie żwawy, młody beagle.
- No cóżżżżżż.....- zrobiłam obojętną minę- Masz rację! Wygoń go natychmiast na dwór. Nie możemy go do siebie przywiązywać.
Mąż nie lubiący kłopotów zerwał się z kanapy i energicznie pomaszerował w stronę Kajtka. Wpatrywało się w niego dwoje szczerych, ufnych psich oczu. Patrzyły tak z nadzieją. Łapki podkulone, zapadnięte boki, sterczące poprzetrącane żebra, ale ile w tym psiej godności w czekaniu na wyrok. Sekunda, dwie, trzy... Wstrzymałam oddech.
- Chyba zwariowałem!- jęknął mój ślubny łapiąc się za głowę.- Jak zdążysz załatwić formalności w 1 dzień, to znaczy, że pisane mu jest z nami jechać.
Yes, yes, yes! Nie trzeba było mi powtarzać dwa razy. Telefon, umówienie wizyty nazajutrz z rana u weterynarza w celu wyrobienia paszportu, niezbędnych szczepień. Byłam szczęśliwa, choć pełna obaw. Nic nie wiemy o tym psie. Jak zniesie jazdę samochodem, jak wytrwa taką długa podróż- 1500 km, czy się zaaklimatyzuje, czy nie będzie się czuł nieszczęśliwy, czy naprawdę chce zamienić swoją wolność za pełny brzuszek????????? Same znaki zapytania i ta wewnętrzna pewność, że oto uratowało się życie jednemu zwierzakowi.


Kajetek jest cudownie karnym, posłusznym, inteligentnym pieskiem. Szybko się uczy, uwielbia być głaskany,przytulany, nawet bez smyczy nie rusza się na centymetr od domu. Czuje się naszym stróżem i obrońcą, czasami nawet bywa nadgorliwy..... Nie sypia juz tak czujnie jak na początku jak zając pod miedzą, cieszy się z każdej zabawki- nigdy ich nie miał i nadrabia dzieciństwo, którego nigdy nie przeżył jako psiak. Lubię jak posapuje rozkosznie przez sen.


A gdy odwiedzamy naszą wieś, dumnie kroczy koło nas, nie reaguje na zawołania pod swoim adresem, nie raczy nawet spojrzeć w stronę miejscowych ludzi, jakby chciał powiedzieć: ten się śmieje, kto się śmieje ostatni!

Ponizej: mala galeria ocalonych

Oto Misia, jeden z uratowanych psiakow, ktorymi opiekowal sie Kajtek. W duzej mierze przezyly dzieki przynoszonym przez Kajtka darom, ktore ukradl lub upolowal, a takze dzieki roztropnosci ludzi dobrej woli; Misie spod sterty desek uratowal moj syn, ktoremu ze wzgledu na swoj niewielki wowczas wzrost i objetosc udalo sie wczolgac w dziure, gdzie zaklinowal sie psiak.


Ale wszystkim wiadomo, ze krolowa jest tylko jedna. Ukochana Kajtka-Tunia





oto najlagodniejsza w swiecie psina, rowniez przybledauratowana- jak rowniez wszystkie jej szczenieta- przez moja sasiadke i kolezanke, rowniez zarazona jak ja genem psiej wrazliwosci. Suczka ma na imie po prostu: Sunia



wielka milosc miedzy domownikami , bez wzgledu na rase :)

środa, 19 października 2011

Jak to z Kajtkiem było

 Kajtuś pojawił się w naszym życiu pewnej groźnej zimy stulecia kilka,może 4-5 lat temu. Właściwie ten mały piesek dał nam się poznać przelotnie kilka razy wcześniej. Bezpańskie psy są plagą małych wsi i miasteczek. Tak jest i w miejscowości gdzie mieszkamy w Polsce. Co roku ludzie wyrzucają swoich pupili, zwłaszcza jak kończą się wakacje. Później takie wygłodniałe stworzenia łażą po wsi,przedstawiając żałosny widok. Zaszczute, wycieńczone,przerażone, czasami agresywne.Najgorszy widok przedstawiają ciężarne, zagłodzone suki. Miejscowi przeganiają ich bez litości, czasami po prostu sami wiążą koniec z końcem. To biedni ludzie. Czasami zaś bezmyślni i okrutni. Jak wszędzie.
Nasz dom i podwórko, "nawiedzane" przez nas zaledwie 3-4 razy w roku było oazą spokoju i schronieniem dla takich bezdomnych futrzaków. 
Kajetek był niekwestionowanym, samozwańczym królem naszego podwórka podczas naszej nieobecności. Tutaj miał bazę i schronienie. Tutaj znosił łupy i wylizywał rany odniesione w walce o przeżycie. Tutaj wraz z nim znalazły schronienie dwie suczki w ciąży, właśnie u nas na świat przychodziły ich szczenięta, którymi dzielnie opiekował się nasz bohater. Tu dorastały i odchodziły- bez naszego udziału. 

wszystko stawało na głowie, gdy my przyjeżdżaliśmy.  dzikie towarzystwo znikało z podwórka, czasami tylko nocą podkradało się do miseczek z jedzeniem, które rozstawiałam wieczorem w różnych zakamarkach naszej posesji.

Kajetek niewątpliwie cieszył się złą sławą we wsi. Był bardzo sprytny, rezolutny i posiadał niezwykły zmysł samozachowawczy, który uniemożliwiał wszelkie próby pochwycenia go przez miejscowe gospodynie i chłopów. Kradł jajka, polował na kury ( do dziś mu moja mama nie może wybaczyć 17 czarnych kur, którym urządził krwawą niedzielę podczas nieobecności gospodarzy) Tak, tak, czasami wpadał w złe towarzystwo innych suczek i dał się ponosić emocjom.... dopóki nie zobaczył na naszym podwórku rudowłosej Tuni, do której zapałał dozgonną miłością i przywiązaniem. Ale o tym kiedy indziej...

Kajetek, jak powiedziałam cechował się wielkim sprytem i inteligencją. Ileż tego pieska! Małe, drobne ciałko, ale ile w nim hartu ducha! Urodzony wojownik. Kajtuś przeżył dzięki dwóm cennym cechom. Po pierwsze oczyścił teren z przeciwników. Sama widziałam- nie był jeszcze wtedy członkiem naszej rodziny- jak poradził sobie z wielkim psem, któremu dosłownie sięgał do łydek. Jego sztuka walki to zaskoczenie, szybkość i determinacja.  Oraz zero lęku. Kajetek namierzał cel. pochylał główkę do przodu i zaczynał szarżować jak zraniony bawół. Najpierw powoli, później coraz szybciej przebierając nóżkami, jak samonaprowadzająca się rakieta, zero zawahania i z całej siły uderzał przeciwnika i od razu kąsał boleśnie. Te parę sekund dawało mu wielką przewagę. Jako, że jego głowa najczęściej znajdowała się co najwyżej na wysokości piersi drugiego psa- a jest to miejsce niezwykle delikatne, był na wygranej pozycji. Dzielny jak Pan Wołodyjowski ! 

Druga cecha, która  pozwoliła mu przeżyć- to całkowity brak zaufania do człowieka. Człowiek to nie zawsze brzmi dumnie. Wiedzą o tym zwłaszcza te stworzenia, które nie mogą w swojej obronie zabrać głosu, a które są od nas całkowicie zależne. Taktyka Kajtka polegała na tym, że nawet jeśli ktoś nie kojarzył się z bólem, podrzucał mu jedzenie- nie mógł liczyć na to, że piesek da się dotknąć. Kręcił się jak świderek wokół ciebie robiąc większe lub mniejsze kółka. Zataczając je czasami dał się musnąć, dotknąć, ale nie pozwalał się złapać. 
Ludzie robiący na niego obławę byli wściekli. Kajtek nie tracił też na darmo energii. Gdy ktoś w bezradnej wściekłości rzucał za nim kamieniem-spokojnie siedząc śledził jego tor, by usunąć się dosłownie na parę centymetrów gdy kamień miał go trafić w głowę.






Poniżej: Tunia 

Naturalne środowisko Kajtka w Polsce: 


 Dachowiec:


Dalsze losy Kajetka opowiem jutro :)