niedziela, 23 października 2011

cd Kajetek



...Zbliżał się czas wyjazdu z Polski. Zima nadal była sroga: mroźna i bezlitosna. Codziennie robiłam postęp w oswajaniu Kajetka. Nie zdawałam sobie sprawy, że oswojenie kogoś niesie ze sobą ryzyko odpowiedzialności. W końcu, któregoś dnia Kajtuś przestąpił nieśmiało próg naszego domu, ale ograniczając się tylko do przedpokoju. Leżał spokojnie i przyglądał nam się z daleka. Zachowywaliśmy się tak by go nie spłoszyć. Później pierwsza noc i nasza nerwowość, czy dziki piesek nie poczuje się osaczony, czy nie nabrudzi itp. Mąż dość sceptycznie przyglądał się moim poczynaniom. W końcu dwa dni przed wyjazdem musiało dojść do tej rozmowy.
- Robisz mu krzywdę-powiedział- My odjedziemy, a on będzie musiał tu zostać.
-...Może go zabierzemy?....- zaryzykowałam. Nie musiałam długo czekać na reakcję.
- Jak to sobie wyobrażasz, podróżować ciągle z dwoma psami i całe auto ludzi, ooo, nie nie! wykluczone! Nie zgadzam się! I tak już przez Tunię nie możemy podróżować samolotem, a teraz jeszcze jeden pies! NIE!
Zasępiłam się z lekka, wiedząc, że muszę rozegrać sprytnie tę akcję. No, cóż muszę wjechać na uczucia mego męża. Nie ma wyjścia. Czasami kobieta musi uciec się do manipulacji. W dodatku jak cel ma służyć wyższym wartościom!
Kajetek z napięciem, a zarazem z godną rezygnacją przenosił wzrok ze mnie na męża i z powrotem, jakby czując, że ważą się jego losy. Tunia, cudownie nieobecna jak zwykle sapała, chrapała i pogwizdywała przez sen na kanapie. Jak stary chłop! A nie żwawy, młody beagle.
- No cóżżżżżż.....- zrobiłam obojętną minę- Masz rację! Wygoń go natychmiast na dwór. Nie możemy go do siebie przywiązywać.
Mąż nie lubiący kłopotów zerwał się z kanapy i energicznie pomaszerował w stronę Kajtka. Wpatrywało się w niego dwoje szczerych, ufnych psich oczu. Patrzyły tak z nadzieją. Łapki podkulone, zapadnięte boki, sterczące poprzetrącane żebra, ale ile w tym psiej godności w czekaniu na wyrok. Sekunda, dwie, trzy... Wstrzymałam oddech.
- Chyba zwariowałem!- jęknął mój ślubny łapiąc się za głowę.- Jak zdążysz załatwić formalności w 1 dzień, to znaczy, że pisane mu jest z nami jechać.
Yes, yes, yes! Nie trzeba było mi powtarzać dwa razy. Telefon, umówienie wizyty nazajutrz z rana u weterynarza w celu wyrobienia paszportu, niezbędnych szczepień. Byłam szczęśliwa, choć pełna obaw. Nic nie wiemy o tym psie. Jak zniesie jazdę samochodem, jak wytrwa taką długa podróż- 1500 km, czy się zaaklimatyzuje, czy nie będzie się czuł nieszczęśliwy, czy naprawdę chce zamienić swoją wolność za pełny brzuszek????????? Same znaki zapytania i ta wewnętrzna pewność, że oto uratowało się życie jednemu zwierzakowi.


Kajetek jest cudownie karnym, posłusznym, inteligentnym pieskiem. Szybko się uczy, uwielbia być głaskany,przytulany, nawet bez smyczy nie rusza się na centymetr od domu. Czuje się naszym stróżem i obrońcą, czasami nawet bywa nadgorliwy..... Nie sypia juz tak czujnie jak na początku jak zając pod miedzą, cieszy się z każdej zabawki- nigdy ich nie miał i nadrabia dzieciństwo, którego nigdy nie przeżył jako psiak. Lubię jak posapuje rozkosznie przez sen.


A gdy odwiedzamy naszą wieś, dumnie kroczy koło nas, nie reaguje na zawołania pod swoim adresem, nie raczy nawet spojrzeć w stronę miejscowych ludzi, jakby chciał powiedzieć: ten się śmieje, kto się śmieje ostatni!

Ponizej: mala galeria ocalonych

Oto Misia, jeden z uratowanych psiakow, ktorymi opiekowal sie Kajtek. W duzej mierze przezyly dzieki przynoszonym przez Kajtka darom, ktore ukradl lub upolowal, a takze dzieki roztropnosci ludzi dobrej woli; Misie spod sterty desek uratowal moj syn, ktoremu ze wzgledu na swoj niewielki wowczas wzrost i objetosc udalo sie wczolgac w dziure, gdzie zaklinowal sie psiak.


Ale wszystkim wiadomo, ze krolowa jest tylko jedna. Ukochana Kajtka-Tunia





oto najlagodniejsza w swiecie psina, rowniez przybledauratowana- jak rowniez wszystkie jej szczenieta- przez moja sasiadke i kolezanke, rowniez zarazona jak ja genem psiej wrazliwosci. Suczka ma na imie po prostu: Sunia



wielka milosc miedzy domownikami , bez wzgledu na rase :)

3 komentarze:

  1. Pochodzimy z jednej planety. Po tej historii moje serce rozmiękło całkiem.
    Podobne opowieści są na moim poprzednim blogu, dotyczą psa WACKA i drugiego BORYSA. Tych dwóch już nie ma. Teraz mam sunię Sonię i z przypadku, buldoga francuskiego, takiego tylko do pieszczot-Gucia.
    Jeżeli nie jest za wcześnie i zbyt "od razu" to podam Ci mój mail i poproszę o Twój adres realny, to wyślę Ci płytkę o której pisała Stokrotka. Tam właśnie jest większość naszych różnych zwierzątek.

    OdpowiedzUsuń
  2. jak to dobrze, ze ludzie o podobnym stopniu wrazliwosci odnajduja sie w swiecie: raem mozna zdzialac wiecej :)

    OdpowiedzUsuń