piątek, 30 września 2011

Rzecz o pająkach



Mam słabość do pająków. Nie, nie, żebym je szczególnie lubiła, albo żeby mi w ogóle nie przeszkadzały pajęczyny w domu. Nie umiałabym się zaprzyjaźnić z ośmionogiem, ale żyję z nimi w dziwnej symbiozie. Darzę je szacunkiem, wszak są chyba pożyteczne. Biologia nie była nigdy moją najsilniejszą stroną, ale coś mętnie pamiętam o pająkach produkujących penicylinę i zjadających muszki. W każdym razie nie wciągnę pająka odkurzaczem ( chyba, że przez nieuwagę), nie zdepczę, nie utopię w sedesie.

Po raz pierwszy w Brukseli naocznie, jak również na własne uszy przekonałam się, że tupiące pająki istnieją. Dotychczas, na dźwięk takich opowieści, czułam dziwny chłód na plecach, wyobrażając sobie potężne, włochate, głowotułowe potwory. 




Było to tuż po moim przyjeździe z Polski. Wynajęliśmy w naprędce uroczy, choć mocno zaniedbany apartament na parterze w pobliżu szkoły naszego syna, w tak zwanej „dobrej dzielnicy” w niedalekim sąsiedztwie polskiej ambasady. Nasze mieszkanie było dawnym atelier, pracownią jakiegoś artysty. Składało się z wielkiego salonu z wnęką kuchenną z pięknym długim barem.
Odzielnymi pomieszczeniami była tylko łazienka, toaleta i dość duży pokój dziecinny przerobiony z garażu. Pod stopami skrzypiała uroczo cudna drewniana podłoga, skąpana nieustannie w świetle dziennym dzięki olbrzymim oknom zajmującym całą ścianę i wychodzącym na mini ogródek.
Ale najwspanialsze było wielkie wypukłe okno z mleczną szybą w.... suficie, pośrodku pokoju. Nad nami znajdował się.... taras sąsiadów.  Wyglądalo na to, że ludzie ci wylegiwali się na tarasie z  wielką mleczną kopułą - naszym...oknem po środku. Taka belgijska osobliwość. Plastikowa szyba była na tyle transparentna by przepuszczać z łatwością dzienne światło, a na tyle zamglona by nie można było nas podgladać z góry. Sprytne.




Nasz mały zaniedbany ogródek był otoczony z trzech stron wysokim murem. Wspinały się po nim bujne pnącza dzikich poziomek. Było ich całe mnóstwo!

W tym uroczym bajkowym mieszkaniu zamieszkiwały olbrzymie, tupiące nocą pająki. Czuły się jego gospodarzami, dom przez wiele miesięcy pozostawał niewynajęty. Aż któregoś wrześniowego dnia ich święty, pajęczy spokój został zmącony przez intruzów – nas, ludzi. Chowały sie w dzień, by nocą obchodzić swoje włości. Gdy zalegała grobowa cisza, wyłaziły ze swoich kryjówek i tup, tup, tup - przemierzały zdrewniałymi odnóżami pachnącą żywicą podłogę. W poświacie księżyca wyglądały zjawiskowo. Ich włochate odnóża skrzyły sie drobinkami srebra i złota. Nie zamierzałam jednak mieszkać z olbrzymami pod jednym dachem. Postanowiłam zafundować im przeprowadzkę do ogrodu.

Każdego z nich brałam delikatnie na sztywną kartkę papieru, wynosiłam na dwór i delikatnie sadzając na murze koło poziomek wypowiadałam czarodziejskie zaklęcie: „Tu jest twoje królestwo, a dom jest mój!”


Po wyprowadzeniu do ogródka wszystkich pająków okazało się, że i tak musimy opuścić to mieszkanie i to jak najszybciej. Czyżby zemsta włochatych? (Nie zadzieraj z pajakami!)
Jesienne słoty obnażyły gorzką prawdę o naszym lokum. Na ścianie salonu pojawił się okropny grzyb, a właściciel nie był zainteresowany rozwiązaniem problemu. Polubownie załatwiliśmy sprawę, zrzeczenie się wzajemnych zobowiązań nastąpiło w trybie natychmiastowym, a zainteresowany nie przyjechał nawet po klucze. Prosił by wrzucić mu je do skrzynki na listy razem z... należnością za ostatni miesiąc. Mimo, że jestem już tu tyle lat, ciągle zdumiewa mnie zaufanie Belgów do obcych.




1 komentarz:

  1. Mam podobny stosunek do pająków..też je wynoszę na kartkach papieru na dwór:)...za to mój starszy syn panikuje nawet na widok maciupeńkich czerwonych pajączków:)

    OdpowiedzUsuń